Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

The Thing (1982)

bradesinarus

Witam!

Coś 1982 plakat

Jako, że ostatnio oglądałem tegoroczne "The Thing" i nawet mi się podobało ( A nawet bardzo. Dla zainteresowanych, których jeszcze nie czytali albo nie zauważyli mojej notatki na ten temat, wstawiłem linka więc smacznego.) to postanowiłem obejrzeć również jeszcze raz oryginał, żeby zobaczyć czy w jakikolwiek sposób fakt obejrzenia prequelu ( choć właściwie gdyby spojrzeć na chronologię wydarzeń to powinienem powiedzieć kontynuacji ale to jest tak nowe, że jeszcze nie umiem się przestawić więc wybaczcie tą niedoskonałość) wpłynął na recepcję tego obrazu. Właściwie to chyba powinna być najkrótsza notatka na tym blogu bo film Carpentera to, jak już wcześniej wspomniałem, chyba najlepszy horror wszechczasów więc za bardzo nie ma się do czego doczepić. A jako, że właściwie nie mam innych pomysłów na napisanie dzisiejszej notatki to pozwolicie, że podzielę się swoimi wrażeniami. Właściwie będą to bardziej luźne przemyślenia zainspirowane filmem niż faktyczna recenzja, bo myślę sobie, że film chyba każdy zna i nie ma sensu chyba go szczegółowo omawiać. A teraz, skoro sobie to wyjaśniliśmy to żeby już nie przedłużać zaczynamy.

Aktorstwo

Aktorzy zasługują na uznanie nie tylko z  prostego powodu, że obsadę stanowią sami faceci ( podobno miała być tam rola kobieca i nawet nakręcili z nią kilka scen, tylko aktorka im się rozchorowała więc zastąpili ją mężczyzną zamiast szukać zastępstwa. I moim zdaniem bardzo dobrze bo o ile MEW u Norwegów mi nie przeszkadzała, a nawet pasowała do koncepcji, tak tu sobie kobiety nie wyobrażam). W trakcie seansu ewidentnie dostrzegalne jest to, że twórcy "Halloween" i "In the Mouth of Madness" zdecydowanie lepiej wyszedł casting ,gdyż nie dość, że nie ma tu żadnej źle zagranej roli, która drażniłaby bardziej niż niektórych krzyż przed pałacem prezydenckim to po prostu w grze aktorów widać emocje (zwłaszcza chodzi mi tu o narastającą paranoję) i napięcie, co nie jest najmocniejszą stroną "nowszego modelu" gdzie aktorzy ( nie wszyscy oczywiście) może i chcieliby oddać to samo ale jakoś im to nie wychodzi, więc grają cały film na jednej emocji a  narastającej paranoi musimy głównie się domyślać ( scena z sabotażem w obu filmach ).  Tu paranoję czuć w każdym geście, spojrzeniu( zwróćcie uwagę na genialną scenę badania krwi). Oczywiście wyróżnia się Kurt Russel w roli pilota McReady'ego ( Na którym niewątpliwie wzorowana była postać Cartera w prequelu co oczywiście nie jest jakimś wielkim, dyskwalifikującym zarzutem bo jednak te role, nawet jeśli do siebie podobne to zostały zagrane na podobnie wysokim poziomie i to w żadnym stopniu nie razi, to jednak trzeba to zaznaczyć z kronikarskiego obowiązku), która stała się na polu horroru niemal równie ikoniczna co Ash z serii "Martwe Zło" czy Jason z "Piątku 13". I jak dla mnie jak najsłuszniej, choć moim zdaniem powinien do niego dołączyć Blair kreowany przez Wilforda Brimleya, który bardziej niż przekonująco oddał szaleństwo swojego bohatera.

Ocena: 10/10

Fabuła 

Ten punkt jest w sumie równie potrzebny jest robaki w psie. Bo myślę, i chyba nie bardzo się mylę, że chyba wszyscy ją znają z seansu lub opisu w książkach o filmach, w których powiedziano o niej wszystko więc nie wiem czy jest sens ją jeszcze przybliżać. Ale dobra. Może ktoś żył przez wiele ostatnich lat w piwnicy Josefa Fritzla, przez co nie widział tego filmu a wszedł przypadkiem na mój blog i jednak chciałby czegoś tam się dowiedzieć. O.K. Rozumiem nie potępiam. Więc historia prezentuje się mniej więcej tak: Gdzieś tam pośród lodów Antarktydy znajduje się spokojna amerykańska baza, w której jedynym zajęciem jest zalewanie komputerów whisky i granie w ping ponga ( Chyba nigdzie w filmie nie pada kwestia czym właściwie się tam zajmują z naukowego stuffu, za to pokazują nam takie obrazki jak powyższe). Nagle coś zaczyna się dziać. Nadlatuje helikopter z Larsem znanym nam już z prequela ( a właściwie nieznanym bo przecież jeszcze tego nie grali) i tym drugim Norwegiem, którzy ostrzeliwują psa. Właściwie Lars strzela a ten drugi Wiking pilotuje śmigłowiec. Amerykanie myślą sobie "WTF?" ale obserwują całą sytuację zamiast podjąć jakieś działanie. Może po prostu to taki norweski sposób witania sąsiadów? Kto ich tam wie?   Pies wbiega do bazy, zaczyna się łasić do Amerykanów. Przybiega lars krzycząc (po norwesku): "To nie jest pies! Odsuńcie się od niego p... świry" ( podobno bo gdzieś tak czytałem, a sam tego nie zweryfikuje bo nie znam norweskiego). Oczywiście ci go nie rozumieją bo ( O dziwo!) nie uczyli się norweskiego. Więc Lars próbuje sam wymierzyć sprawiedliwość ale taki z niego strzelec jak z napastników reprezentacji polski więc zamiast psa rani jednego z Amerykanów po czym sam zostaje zabity. A drugi Norweg? Myślicie pewnie "Może odleciał?" Nie! Został wysadzony granatem razem z helikopterem. A pies? Przygarnięty przez naukowców dożywa swoich sędziwych lat... just kidding. To już nie jest pies tylko, o czym wiemy z wcześniejszych wydarzeń( w zasadzie nie wiemy bo to 1982 a wcześniejsze wydarzenia poznamy w 2011)  Obcy. O.K. A teraz serio. Kiedy pierwszy raz oglądałem ten film kilka lat temu początkowa scena była jak dla mnie najlepszą w całym filmie i mimo tylu lat, które upłynęły od seansu nadal taką jest ( No może obok openingu do filmu Bunkier) bo po prostu wie jak widza zaciekawić od pierwszych minut karmiąc go pytaniami ( Co ostatni przydarzyło mi się tylko w czasie emisji pilota serialu Lost), na które zwłaszcza jeśli nie oglądało się tego . człowiek chce znać odpowiedź jak np. "Co to za Norwegowie?", "O co im chodziło?" albo jak spytał jeden z bohaterów ( nie pamiętam który) "Czy Norwegowie wypowiedzieli nam wojnę?". I oczywiście odpowiedzi dostajemy w filmie, ale też nie wszystkie bo np. "Czym było to dziwactwo z dwiema twarzami?" wyjaśnia nam dopiero prequel. Jednak tym co najbardziej różni te dwa filmy jest przedstawienie postaci. Tu każda postać jest rozróżnialna, każda ma swoją charakterystykę, która sprawia, że jakoś żal jest się z nimi rozstawać.  I żaden nie  jest potraktowany jak typowe mięso armatnie, nie ważne czy jest to Palmer ( grany przez aktora, którego przysiągłbym że widziałem jako Murdocka w serialowej "A-Team") czy Nauls murzyn na wrotkach ( sic!).  Jakże to odmienne od prequelu, przy którym los zwłaszcza większości ekipy norweskiej jest nam idealnie obojętny prawda? Także klimat jest zarysowany jakoś tak głębiej i wyraźniej wyczuwa się duszny klimat paranoi i nieufności w tamtych czasach spotęgowany też lękiem przed AIDS, do czego film ma wyraźne referencje ( Scena z badaniem krwi). Potwór zachowuje się uważniej, nie atakuje jak ruska piechota wszystkich w jednym momencie ( jak na sali u Norwegów ten Edwardo-coś.) tylko wybiera ofiary a atakuje w momencie zagrożenia ( Choć jest na to dobre wytłumacznie. W rzekomej jedynce potwór dopiero się uczył, nie miał doświadczenia, które zdobył na Norwegach, więc tu po prostu działał ostrożniej). I zakończenie, które tam dawało jakiś cień szansy na happy-end (Choć nie mieliśmy pewności czy ta baza o której wspominał Carter w ogóle istniała, czy zważywszy na  późniejsze wydarzenia i rewelację jakiej się dowiadujemy o jego postaci nie miał w stosunku do Kate jakichś zupełnie innych zamiarów). Tu ewidentnie widać wpływ tragedii greckiej czyli każde rozwiązanie sytuacji jest dla bohaterów tak samo złe. Jak dla mnie film kompletny

Ocena: 10/10

Sprawy Techniczne

Tu też właściwie nie ma się do czego przyczepić, gdyż nawet jak na warunki dzisiejszego kina ten film nie wygląda jakby się zestarzał choćby o sekundę a wręcz na wyprzedzającego swoją epokę. Efekty specjalne czyli zwłaszcza zrobione za pomocą animatroniki przez mistrza tej dziedziny Roba Bottina potworki, ale nie tylko bo w ogóle wszystkie efekty zniekształcania ludzkiego ciała, cały ten "karnawał krwi" wyglądają o wiele lepiej ( co jak dla mnie oznacza obrzydliwiej, obleśniej, "brudniej" { bo widać,  że rzeczywiście są oblepione krwią swoich ofiar i mniej sterylne niż ich konkurenci w wielu nowszych, nawet tych uznanych za kultowe produkcjach},bardziej odpychająco a już na pewno bardziej nieziemsko ( w sensie jak przybysze z obcej planety) a na pewno groźniej niż stworzone przy pomocy komputera "koszmarki" ( w sensie pejoratywnym) pokroju stworów z Alone in the Dark czy nawet z prequelu ( Polecam np. tego potworka ze śmigłowca, tak gościa z otwierającą się twarzą, albo finałowego bossa. Albo w ogóle spojrzenie na lód w tym filmie. To w ogóle nie wygląda sztucznie. Ani trochę.). Do montażu nie można się przyczepić bo był tak dobry, że praktycznie nie zwracało się na niego w trakcie oglądania filmu uwagi. Zdjęcia może nie jakoś specjalnie piękne, ale nie takie było ich zadanie. Miały budować klimat i to udało im się doskonale. 

Ocena: 10/10

Muzyka

Genialna! nie wiem czy kiedykolwiek powstanie jeszcze równie prosty acz poruszający soundtrack do horroru. Zresztą po co będę o tym opowiadał jak można posłuchać:

Ocena: 10/10

Podsumowanie

( Zaraz, Zaraz!)

- To znowu ty? Czy ja cię nie zabiłem? 

( Mówiłem, że jestem duchem, nie da się zabić ducha!)

- Dobra. Czego chcesz?

( A rubryka "Walory artystyczne")

- A co ja mam tu napisać? Widziałeś gdzieś tam jakąś kobietę? Nie wiem. Ukryła się za generatorem? 

( Aleee...)

- Nie ma ale! Jak już ci mówiłem to mój blog. Sio!

(Ja tu jeszcze wrócę!)

- Obiecanki macanki!

O.K. Zatem wróćmy do przerwanego nam w tak bezczelny sposób wątku. "The Thing" Johna Carpentera to, jak już pisałem we wstępie najlepszy horror świata. Ma klimat, ma genialne aktorstwo i pomysłowo napisany scenariusz. Zatem jeśli ktoś jeszcze nie widział, a lubi horrory  to lektura obowiązkowa.

Tytuł polski: Coś

Tytuł oryginalny: The Thing

Reżyser: John Carpenter

Obsada: Kurt Russel, Wilford Brimley, Keith David

Kraj:USA

Rok: 1982

Gatunek:Horror, SF


© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci