Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

The Thing (2011)

bradesinarus

Witam!

TT

Moje podejście do filmu, z którego obejrzenia będę miał przyjemność niniejszą notką przedstawić wrażenia zmieniały się w ostatnim okresie jak w chińskim kalejdoskopie. Na początku był szok po usłyszeniu informacji o planowanym remaku ( jeszcze wtedy chodziły takie plotki, na szczęście ktoś się w porę zreflektował i ostatecznie stanęło na prequelu).  Otóż pierwsza część ( choć teraz chronologicznie rzecz biorąc druga) czyli "Coś" Johna Carpentera to w moim odczuciu ,z tą cała wszech obecnego zagrożenia, klaustrofobii i braku nadziei, chyba najlepszy horror wszech czasów. Więc po co ten remake? Żeby ktoś mógł sobie postawić krzyżyk w rubryce "schrzanione arcydzieła"? Po co poprawiać coś co jest doskonałe? Zaangażowanie do roli głównej Mary Elizabeth Winstead czyli najbardziej utalentowanej aktorsko młodej gwiazdki Hollywood uruchomiło we mnie myślenie: "A może ten film nie będzie jednak tak słaby? Może warto go będzie obejrzeć?" ( Choć ja byłbym w stanie dla MEW obejrzeć nawet "Schnięcie Farby" w reżyserii Uwe Bolla, więc to chyba żaden argument prawda?). Potem przyszedł pierwszy zwiastun, który nie był taki zły ( a prawdę mówiąc był nawet dobry i sprawił, że rzeczywiście zacząłem nastawiać się na ten film) ale po nim przyszły kolejne ( zwłaszcza ten z paskudnym CGI potworem w helikopterze), oraz negatywne recenzje i mimo, że dalej chciałem obejrzeć ten film to już chyba tylko dla Miss Winstead i co najwyżej na DVD, bo nie widziałem potrzeby udawania się na niego do kina. Ale po przeczytaniu pochlebnej recenzji na jednym z blogów, które regularnie czytuję, wiedziałem że nie mogę dłużej czekać i wraz z polską premierą muszę udać się do kina. Czy było warto? Zdecydowanie tak.

Aktorstwo

Mówiąc, o tym aspekcie tego filmu, po prostu nie mogę zacząć inaczej jak od Winstead w roli Kate Lloyd pani paleontolog z Uniwersytetu Columbia. I to zacząć od jej obrony. Czytając bowiem rozmaite opinie na temat tego filmu spotykam czasami takie, że położyła cały film, że był sztywna jak kij od szczotki, że nie pasowała wizualnie do pani naukowiec( WTF?) itd., itp. i aż sam się zastanawiam czy ja przypadkiem nie oglądałem jakiegoś innego filmu ( Chyba nie. Ale na wszelki wypadek sprawdzę co mam napisane na bilecie. "Coś". Więc chyba wszystko się zgadza). Dla mnie to właśnie ona zbudowała najbardziej wiarygodną postać, którą po seansie nie tak łatwo zapomnieć więc nie wiem o co te pretensje. Może gdyby, niewiem brała prysznic bez żadnej fabularnej przyczyny ale za to z długą ekspozycją nagiego ciała jak u Kate Beckinsale w "Zamieci" ( choć personalnie nie miałbym nic przeciwko temu to jednak ta scena pasowałaby tu jak kot do miksera). Ale nie! Ona jak przystało na tak uzdolnioną aktorkę zachowywała się jak naukowiec. Po prostu niektórzy chyba muszą narzekać. (  Z tego co widzę to na większości forów narzekania idą w kierunku: "Są tu postacie kobiece, i to aż dwie! Skandal! U Carpentera nie było ani jednej" Może to i racja,  ale gdyby nie było to narzekaliby, że to zrzynka z oryginału. Gdzie tu logika? I jeszcze te porównania postaci pani paleontolog do McReady'ego ( Kurta Russela) pod względem zachowania. Ludzie litości! Przecież te postacie nie są do siebie ani trochę podobna. Panna Lloyd to już bardziej taka Antarktyczna Ripley). Ale dość już o niej. Czas przejść do największej niespodzianki tego filmu czyli Joela Edgertona. Kurczę! Przed seansem jakoś w ogóle nie kojarzyłem gościa za co teraz muszę walić się w pierś. Koleś jest po prostu kapitalny! Zdziwię się jeśli nie zrobi jakieś większej kariery, bo na pewno zasługuje na to o wiele bardziej niż takie wynalazki jak Pattinson. A już relacje jego bohatera z Kate to po prostu czysta energia jak z reaktora atomowego w Fukushimie!. Wow! Aktorzy norwescy z kolei  napewno nie zawiedli pod względem gry,  za to scenariuszowo byli zbyt mało rozróżnieni ( Poza Larsem tym nieznającym angielskiego. Notabene również bardzo dobra dobra rola) przez co jakoś mało obchodził mnie ich los. A Eko z serialu Lost ( Nie wiem jak on się  nazywa) był chyba w ogóle niepotrzebną postacią. 

Ocena: 9/10

Fabuła

Tak jak już wspomniałem na całe szczęście nie otrzymaliśmy zupełnie niepotrzebnego remaku dzieła Carpentera tylko historię wspomnianej przez tamten film w genialnym wprowadzeniu, norweskiej bazy naukowej "Thule", która dokonała odkrycia statku kosmicznego i jako pierwsza w historii miała kontakt z zamrożonym przedstawicielem obcej cywilizacji. Tylko, że tu oczywiście nie mogło być samych Norwegów, bo to w końcu amerykański film a amerykanie nie lubią czytać napisów, więc ( choć to trochę koliduje z filmem z Kurtem Russelem) musieli to być Norwegowie znający angielski, którzy dostali wsparcie z USA (nasza pani paleontolog). Niektórzy to krytykują, mi to jakoś szczególnie nie przeszkadza ( to i tak lepiej niż gdyby zrobili tak jak w filmach o II wojnie światowej, w których Niemcy mówią cały czas biegle po angielsku). Dzięki temu mogliśmy poznać wydarzenia jakich mogliśmy się tylko domyślać i skonfrontować z naszymi wyobrażeniami. I tu należy pochwalić ekipę, że mimo kilku drobnych zapożyczeń fabularnych z pierwszego filmu ( np. scena z zacinającym się miotaczem ognia) i mimo wrażenia, że jednak mogliby  dłużej nad nim posiedzieć bo zdecydowanie widać braki i to dość poważne ( Np. Cały finał, kilka drobnych luk scenariuszowych, wkurzająca postać tego doktorka czy ogólnie nierozróżnialni Norwegowie) stworzyli kawałek niezłej rozrywki inie próbowali nam sprzedać jednak zamaskowanego remaku tylko pokusili się o próbę re definicji tej opowieści po swojemu, nie zapominając o wpleceniu gdzieniegdzie nawiązań do pierwszego filmu ( np. siekiera), które sprawiają wrażenie, ze przynajmniej oglądali pierwowzór i go chyba polubili. I co najważniejsze, jest napięcie, które choć o wiele niższe niż 30 lat temu to i tak jest nie osiągalne dla większości współczesnych horrorów. Oraz oczywiście nie można zapomnieć o scenie w trakcie napisów końcowych stanowiąca doskonały łącznik z filmem z 82 roku. Tylko po obejrzeniu mam jeden zasadniczy dylemat Czy to wszystko, cała ta historia rzeczywiście była nam jakoś super potrzebna? Trochę na pewno tak, bo dzięki temu mam dziś co recenzować. Ale czy przez to nie zostało bezpowrotnie unicestwione pewne takie niedopowiedzenie, które stanowiło, jakby na to nie patrzeć, siłę oryginału? 

Ocena: 6/10

Sprawy techniczne

 Po poprzednich troszkę dłuższych podpunktach, tu spróbuję napisać krótko. Zdjęcia- perfekcyjne, zwłaszcza ujęcia krajobrazów ale to i tak zasługa chyba samej Antarktydy, która musi być niezwykle fotogeniczna bo w każdym filmie wygląda tak samo pięknie. ( Za to chwaliłem nawet Zamieć) Montaż- Może nie przesadnie nowatorski ale przynajmniej nie drażnił jakimiś niepotrzebnymi w takim obrazie zapędami, żeby za wszelką cenę pokazać jakie umiejętności artystyczne w tej dziedzinie prezentuje gość, który się tym zajmował. Efekty specjalne- No i tu zaczyna się problem. Bo o ile same potworki prezentują się odpowiednio wstrętnie i przerażająco o tyle czasami po prostu widać źle wykonane niedopracowane CGI, które jak młot wali po oczach (Np. W finałowej scenie to mrygające coś, co nawet nie wiem jak opisać,). Ale ogólnie rzecz biorąc minusy nie przeważają plusów.

Ocena: 7/10

Muzyka

Może i nie jest jakoś wybitna czy zapadająca w pamięć ale przynajmniej główna nuta to ewidentny hołd dla charakterystycznej muzyki Vangelisa co nie jest tak powszechnym zjawiskiem w świecie powszechnej dominacji sequeli, prequeli i remaków jak można by tego oczekiwać. 

Ocena: 8/10

"Walory Artystyczne"

No cóż. Jeśli spodziewacie się niskiej noty w tym punkcie to was zaskoczę. Będzie wysoko, być może nawet max. A wiecie dlaczego? Ino dlatego, że występuje tu MEW a ona zawsze wygląda olśniewająco a i ta druga kobieta z norweskiej ekspedycji ( choć sądząc z akcentu to raczej Francuzka) też do  brzydkich kobiet nie należy ( I choć mówi się, że nie ma brzydkich kobiet, jest tylko za mało wypitego alkoholu to jednak jak myślę chociażby o bohaterce "Funny Games" to dochodzę do wniosku, że czasami może po prostu nie być tyle alkoholu).

Ocena: 10/10

Podsumowanie

Wychodzi na to, że nie potrzebnie bałem się o ten film. Niepotrzebnie przejmowałem tymi wszystkimi słabo wyglądającymi zapowiedziami gdyż pomimo swoich wad to jeden z najlepszych z całej gałęzi tych wszystkich sequeli, prequeli i tym podobnych produkcji zaraz obok Halloween Roba Zombie. Film który, kiedy tylko go wypuszczą na płytkach DVD na pewno biegnę do sklepu, kupuję i spokojnie stawiam na półcę obok filmu Carpentera. Bo zdecydowanie jest tego wart

Ogólna: 8/10

Tytuł Polski: Coś

Tytuł Oryginalny: The Thing

Reżyseria: Matthijs Heijningen Jr.

Obsada: Joel Edgerton, Mary Elizabeth Winstead, Ulrich Thomsen

Rok: 2011

Kraj: USA, Kanada

Gatunek: Horror, SF


 

 

 

 

 

   

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci