Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Dziewczyna z tatuażem" (2011)

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

DZT

Coś długo mi zabrakło dokończenie tego filmu ( Piszę to bowiem dziewiątego grudnia podczas gdy wpis datowany jest na marzec więc sami przyznajcie, że to szmat czasu) i właściwe uzupełnienie tej notki, która wisiała u mnie na blogu od marca strasząc przyjezdnych i odwiedzających swoim paskudnym niedokończeniem. Nie wiedziałem bowiem czy biorąc pod uwagę całą moją sympatię do reżysera tego obrazu za jego poprzednie dokonania będę potrafił właściwie, i co najważniejsze obiektywnie, ocenić jego najnowsze dziecko. Ponieważ jednak miałem dziś odrobinę wolnego czasu, spowodowaną tym, że i tak umieściłem tu sporo nowości na czele z relacją z "Żubroffki", postanowiłem wreszcie skończyć to co zacząłem i rozprawić się z jedną z najbardziej oczekiwanych przeze mnie produkcji, powstałą na podstawie rewelacyjnej książki Stiega Larssona i przygotowaną przez jednego z moich ulubionych reżyserów. A skoro David Fincher już niejednokrotnie pokazał choćby takimi produkcjami jak genialne "Siedem", że w mrocznym i dusznym klimacie, do którego wrócił po kilku filmach przerwy, czuje się jak ryba w wodzie więc miałem nadzieję, iż ta mieszanka będzie co najmniej zjadliwa, że się nie zawiodę, i nie będę tego kroku żałował.

I zdecydowanie tego kroku nie żałuję bo to jest naprawdę dobry, mroczny jak samo piekło film z duszną i gęstą atmosferą, nasyconych chłodnymi barwami zdjęciami, które idealnie pasują do tej nieprzyjaznej scenerii w jakiej dzieje się akcja filmu i stanowiący genialny powrót Finchera do klimatów, które przyniosły mu międzynarodowe uznanie (Choć nie mogę powiedzieć, że jego filmy powstałe w okresie rozbratu z niepokojem były złe bo taki na przykład "Social Network" był naprawdę zacny i do dziś nie mogę zrozumieć jak mógł przegrać z przereklamowanym "Jak zostać królem", które po prostu niszczy jak Titanica góra lodowa dowodząc o wiele większych umiejętności reżyserskich twórcy. ) Film, który z całą pewnością był jednym z najlepszych obrazów ubiegłego roku i chyba tylko przez nieuwagę nie załapał się do żadnych prestiżowych nagród z Oscarem na czele (Zresztą poprzedni rok obfitował w takie wpadki, żeby wspomnieć chociażby takie olane przez Akademię obrazy jak "Wstyd", "Drive" czy "Szpieg", przy których nagradzany wszędzie gdzie tylko się pojawił "Artysta" wygląda jak ubogi kuzyn. To nie może być przypadek. Chyba ktoś w Hollywood po prostu nie lubi pana Davida.) Dodatkowo całość doprawiona jest rewelacyjną i wywołującą ciarki na plecach muzyką duetu Trent Reznor i Atticus Ross. A tak swoją drogą to nie wiem czy to tylko moje skrzywione jak zwykle skojarzenie czy celowy zabieg i delikatne mrugnięcie okiem ale, genialne tak swoją drogą, intro ilustrujące niesmowity cover Zeppelinów w wykonaniu duetu Reznor i Katrin O "Immigrant Song" przywodzi mi na myśl filmy o przygodach Jamesa Bonda (A zważywszy na to, że główną rolę gra tu Daniel Craig, który jest też przecież aktualnym odtwórcą roli agenta 007 takie wątpliwości nie są do końca nieuzasadnione) Ale wiem, że tak naprawdę staję przed wyzwaniem przed jakim staje każdy piszący swoje zdanie na temat tego filmu, który musi zdać sobie sprawę, że jego zdanie na temat samego filmu (Jakkolwiek dobre czy złe, subiektywne czy konformistyczne by ono nie było) nikogo nie obchodzi.  Że wszyscy jesteście ciekawi jednej kwestii: co myślę o obsadzeniu roli Lisbeth Salander ( Czyli, myślę że nikt tu nie może mieć wątpliwości, kluczowej postaci całej serii i elementu, który stanowi o wyjątkowości twórczości szwedzkiego pisarza) mało znaną i kojarzoną głównie ze słabym remakiem "Koszmaru z ulicy Wiązów" Rooney Marą. Nie da się bowiem ukryć, że była to decyzja kontrowersyjna która podzieliła fanów książki na dwa zaciekle zwalczające się do dziś obozy. Nie mogę więc się dziwić temu, że tylko czekacie aż zajmę stanowisko, żeby (zależnie od tego jakie ono będzie i reprezentowanej przez siebie frakcji) rzucić się na mnie z pretensjami o to, że np. nie doceniam roli Noomi Rapace (Której kreacji tak naprawdę nawet nie widziałem więc nie mam porównania ale to wam oczywiście nie przeszkodzi). I proszę was. Nie zaprzeczajcie. Aż stąd, ze swojego przytulnego bagna, słyszę bowiem zgrzytanie waszych zębów. Ale i tak nie mam zamiaru się kryć ze swoim zdaniem mimo, iż wiem, że oznacza wystawienie się na ostrzał.

Stawiam bowiem na to, że Rooney Mara stworzyła tu naprawdę ciekawą kreację, o wiele lepszą nawet niż jej o wiele bardziej renomowany partner Daniel Craig (Choć ten, dodajmy dla przejrzystości wywodu, również zaprezentował dobrą dyspozycję. Ale jednak to właśnie młoda aktorka, siostra o wiele bardziej znanej Kate Mary zdominowała ekran zapewniając sobie zasłużony rozgłos i propozycje pracy od najlepszych reżyserów na rynku takich jak chociażby Terrence Mallick czy Steven Soderbergh. Inni aktorzy, mimo wielkich nazwisk niestety tylko statystowali tej dwójce nie tworząc żadnej wyrazistej postaci, na którą mógłbym zwrócić szczególną uwagę więc nie zasłużyli na jakąś przesadnie długą wzmiankę.) .  Bo choć muszę się przyznać do tego, iż kiedy usłyszałem, że to właśnie ona została wybrana do tej roli wydawało mi się, że sobie nie poradzi (Było to bowiem w krótkim czasie po obejrzeniu, wspominanego tu już potwornego "Koszmaru z ulicy Wiązów" gdzie była jednym z najgorszych elementów) dowiodła jak bardzo się myliłem i była po prostu idealną Salander, dokładnie taką jaką wykreowałem sobie w wyobraźni podczas czytania książki. I w tej chwili trudno mi sobie nawet wyobrazić inną odtwórczynię tej roli. Mara stworzyła bowiem bohaterkę, która może wyglądać jak delikatna, niewinna i wrażliwa nastolatka (I dlatego tym bardziej wiarygodna i wierna książkowemu oryginałowi wydaje mi się scena gwałtu. Z tego bowiem co pamiętam z lektury nasza bohaterka wyglądała na "łatwy łup" co w przypadku eterycznej Mary jest o wiele bardziej prawdopodobne i łatwiej w to uwierzyć niż przy o wiele masywniej zbudowanej Rapace)  ale w środku drzemie dzika bestia, z którą lepiej nie zadzierać. I mimo tak wyraźnego dysonansu w każdej z tych odsłon wypada jednakowo wiarygodnie. A poza tym ma przecież ciemne włosy, co w mojej ocenie dodaje jej dodatkowych walorów. 

Podsumowując. Muszę przyznać, że "Dziewczyna z Tatuażem", mimo że niezmiernie się Fincherowi udała to jednak, jak zwykle w takich wypadkach,  jest filmem, który zdecydowanie bardziej przypadnie do gustu tym, którzy nie przeczytali literackiego arcydzieła. Nie da się bowiem ukryć, że jako ekranizacja z oczywistych względów nie trzyma się on wiernie oryginału i spłyca pewne rzeczy, które w książce były o wiele głębsze a inne, które tam miały marginalne znaczenie uwypukla. Jednak można być jednak wdzięcznym losowi, że za sterami usiadł właściwy człowiek, najlepszy jakiego mogliśmy sobie wyobrazić więc zachowany został ogólny wydźwięk szwedzkiego bestsellera i dzięki niemu powstał film, który mi się bardzo podobał. 

OCENA: 9/10

***

Tytuł: Dziewczyna z Tatuażem

Tytuł oryginalny: The Girl with the Dragon Tatoo

Reżyser: David Fincher

Scenariusz: Steven Zaillian

Obsada: Rooney Mara, Daniel Craig, Christopher Plummer, Robin Wright

Kraj: Niemcy, Szwecja, USA, Wielka Brytania

Gatunek: Kryminał, Thriller

Czas trwania: 158 minut

 

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci