Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Oświadczyny po irlandzku" ( 2010 )

bradesinarus

OPI

Witajcie w mrocznym świecie moich filmowych zainteresowań. Świecie pełnym nieposkromionej fantazji twórców, horroru złych filmów, kilku filmów dobrych, paru wybitnych, pojedynczych seriali oraz bardzo subiektywnych opinii. Czyli ogólnie: Witajcie w krainie gdzie Zombie nie zginie. 

Jeżeli po takim wstępie spodziewaliście  się, że recenzowany będzie jakiś horror albo co najmniej slasher to przykro mi, ale muszę was rozczarować. Nasz tytułowy film ma tyle wspólnego z kinem grozy co krokodyl z lotami na Marsa. Nie uświadczycie więc żadnych fruwających w powietrzu, niczym myśliwce RAF podczas Bitwy o Anglię, flaków, nie będzie mrocznych tajemnic czy dusznego jak oddech nieboszczyka klimatu. Zamiast tego zagłębimy się w sferę, która podobno jest ( przynajmniej zdaniem polskich filmowców i gdyby sądzić z repertuaru polskich kin) polską domeną czyli w sferę komedii romantycznych. Nie będę się tu jednak  rozpisywał o tym, że tak naprawdę polskie produkcje tego gatunku, te wszystkie " Nie kłap kochanie!" czy inne "Ciacha"  mają się tak przy produkcjach amerykańskich jakby to były zupełnie inne galaktyki bo nie powinno się kopać leżącego nawet jeśli sam się podkłada.  Dziś zajmiemy się filmem opowiadającym o podróży pewnej amerykanki do Irlandii i o problemach jakie z tego wynikły. Oto "Oświadczyny po Irlandzku"

Przyznam się szczerze. Gdyby nie to, że wczoraj przypadkiem natrafiłem na ten film w telewizji a nie zwykłem wyłączać filmów zanim się nie skończą( Jak również dlatego, że, bądźmy szczerzy, potrzebowałem tematu notatki) pewnie nigdy w życiu bym go nie obejrzał bo to zdecydowanie nie moje klimaty.  I choć prawdę powiedziawszy dalej uważam, że nie jest to film wart tego, żeby się o nim jakoś szerzej wypowiadać, ( Nie ma tu nic super głupiego co można by skrytykować ani nic na tyle interesującego by choć fragment z niego (No! Może ostatecznie fragmenty z walizką) został w pamięci na jakoś bardzo długo po seansie, w przeciwieństwie do takiego np. "500 days of Summer")  to jednak nie żałuję tego seansu bo  można się przynajmniej parę razy zaśmiać, posłuchać dobrze napisanych dialogów nie brzmiących jak napisanych przez średnio ogarniętego ucznia podstawówki ( Co jest częstym mankamentem polskich produkcji tuż obok sztywnej jak pal z "Cannibal Holocaust" gry aktorskiej. Ale zdaje mi się, że nie o tym mieliśmy tu mówić), oraz zobaczyć całkiem niezłą i co najważniejsze naturalną i lekką grę aktorską, w której bryluje Amy Adams zdecydowanie w cień spychając swojego wyglądającego trochę jak Eduardo Noriega  ekranowego partnera  i zdecydowanie dla niej warto ten film obejrzeć.  Notabene Adams już w kolejnym filmie jaki z nią oglądałem zachwyca tak niebywałym urokiem i naturalnością, że aż chce się ją oglądać jak najdłużej i po raz kolejny przez nią zyskuje na wartości cały film. Choć gdyby główną rolę grała Mary Elizabeth Winstead  (westchnienie) to film zyskałby, przynajmniej w moich oczach, zdecydowanie więcej.  Żeby nie było jednak tak cukierkowo to warto byłoby wspomnieć o jednym ale za to poważnym minusie ( o którym już trochę nieświadomie napomknąłem), którym jest brak wyrazistych postaci drugoplanowych typu grany przez Rhysa Ifansa w "Notting Hill" Spike. Tu wszystkie postacie, które nie są naszymi głównymi bohaterami są tak potwornie jednolite, jakby ktoś się bał, że mogą przyćmić głównych aktorów. Szkoda tylko, że w ten sposób rozróżnienie ich zwłaszcza w przypadku ich kilkukrotnego pojawienia się na ekranie w dość długim okresie czasu graniczy z niemożliwością i  powoduje nieprzyjemne uczucie zagubienia. 

Podsumowując. "Oświadczyny po irlandzku" nie są złym filmem. To po prostu taki typowy średniak. Bazująca na konflikcie dwóch zupełnie odmiennych kultur czy "cywilizacji" ( W tym wypadku amerykańskiej i irlandzkiej) komedia , którą pewnie można było zrobić lepiej ( Jako przykład niech służą rewelacyjni francuscy "Goście Goście") ale i to co jest w sumie można obejrzeć aby się zrelaksować lub popatrzeć na piękną Amy Adams  bo przy takich filmach nie trzeba przesadnie myśleć. Przecież i tak wiadomo, że prędzej czy później ekranowi bohaterowie zapałają do siebie wielkim uczuciem. Dla fanów takich rozwiązań film powinien się spodobać. 

OCENA: 6/10

Tytuł Oryginalny: Leap Year

Reżyser: Anand Tucker

Obsada: Amy Adams, Matthew Goode, Adam Scott, John Litgow

Rok: 2010

Kraj: Irlandia, USA

Gatunek: Komedia Romantyczna

Czas trwania: 1h. 40min. 

 

 


 

 

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci