Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Creature" ( 2011)

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

W sumie dobrze czasami zrobić sobie przerwę od codziennych wpisów i od komputera, zwłaszcza w czasie Euro. Można sobie wtedy nadrobić i obejrzeć film, którego recenzji nie zamieściłoby się w normalnym trybie. I może ten wpis choć trochę ułagodzi nastroje związane z dzisiejszą klęską polskiej reprezentacji ( A trzeba było wygrać z Grecją... ). A więc zaczynamy.

fff 

Nie wiem w sumie dlaczego obejrzałem ten film, a wcześniej umieszczałem tu jego zwiastuny (Konkretnie tu jakby ktoś był zainteresowany) Tzn. wiem. Gra tu przecież Sid Haig z "Domu 1000 trupów. I to nawet w dość podobnej roli. Ale o tym wspomniałem już w poprzedniej notce. Ale to przecież nie jest powód, którym należałoby się chwalić prawda? Przecież na pierwszy rzut oka ( na drugi w sumie też) nie było najmniejszej szansy na to, że będzie mi się podobać. Nie tylko bowiem nie zapowiadał się jakoś super innowacyjnie to jeszcze należy on do tego bardzo popularnego typu filmów, który na mnie działa jak przysłowiowa płachta na byka czemu niejednokrotnie dałem wyraz dzieląc się z wami swoimi wrażeniami na temat różnych horrorów. Jaki to typ? Już tłumaczę. Taki, którego fabuła sprowadza się do prostego schematu ( Który notabene został świetnie spuentowany w „Cabin in the woods”, który, jeśli ktoś go jeszcze nie widział a ma taką możliwość to zdecydowanie polecam. Prawdę mówiąc oglądając te dzieło nie mogłem się jakoś wyzwolić od porównań z wyżej wymienionym. Nawet mimo faktu iż tak naprawdę mamy tu różnicę klas) Grupa amerykańskich ćwierć inteligentnych licealistów wybiera się na wycieczkę w dzikie odstępy aby uprawiać seks i pić piwo. Na miejscu czeka już jednak psychopata z nożem, maczetą czy innym ostrym narzędziem, który ma nieco inną wizję rozrywki. (Tu przynajmniej nie było psychopaty w stylu Jasona czy Leatherface'a tylko człowiek krokodyl i jego ostre zęby. Przyznacie, że zawsze to jakiś sukces i innowacja).  Mimo to jednak jakoś ten film mi się podobał.

Nie wiem, może po prostu tego mi było trzeba. Takiego kina klasy Z. Prostej, bezpretensjonalnej rozrywki pozbawionej zadęcia i patosu, ale za to pełnej głupkowatych dialogów, z bezkształtnymi bohaterami, którzy nie zostają w pamięci nawet na minutę ( no może wyróżniał się Sid Haig ale jego gra podobała mi się chyba bardziej na fali atencji do filmu Roba Zombie niż jakiś super osiagnięć w tym obrazie) z bezsensowanymi scenami ( czyli tzw. "Big Lipped Alligator Moment" co notabene brzmi nieco dwuznacznie biorąc pod uwagę treść tego filmu i postać głównego antagonisty) takimi jak chociażby z ... no powiedzmy, że z kosmosu wzięte sceny ukazujące nagość, zwłaszcza postaci kobiecych. Nie żebym narzekał, bo aktorki tu grające naprawdę miały co pokazać, tylko to po prostu momenty w jakich eksponowały swoje nagie biusty sprawiały,  że miałem wrażenie oglądania filmu porno. Fabuły, pretensjonalnej i nie silącej się na przesadną oryginalność, a mimo to dającej masę frajdy z oglądania niekoniecznie przerażających ( choć muszę przyznać, że choć widok tytułowej kreatury naprawdę nie wypadł najgorzej i zdecydowanie zasługuje na pochwałę to widok białego aligatora i "epicka" walka z tymże, przywołująca na myśl walkę Beli Lugosiego z ośmiornicą, czy chociażby wszystkie momenty ataków  sprawiały, że ilekroć bym na to nie patrzył tylekroć miałem napady niekontrolowanego śmiechu. A chyba nie o to chodziło twórcom) ale przynajmniej wykonanych ręcznie modeli, a nie paskudnym CGI co w obecnych czasach jest jednak ewenementem. Filmu, który choć został zrobiony całkiem współcześnie ( Bo w 2011 roku) to wygląda jak produkt lat osiemdziesiątych, które jakby na to nie patrzeć to złoty czas dla horroru, więc takie skojarzenia ( nie wiem tylko na ile zamierzone przez twórców) to jak dla mnie dodatkowy plus tego filmu i rzecz absolutnie na miejscu. 

Podsumowując. Wydawać by się mogło, że po takiej notce jak ta, zwracająca uwagę głównie na to co zrobione nieudolnie ocena "Creature" oscylować powinna gdzieś wokół oceny niesławnego "Zaciemnienia". Tylko,  że ja nie mogę z czystym sercem wystawić mu złej oceny bo mimo jego wszystkich braków i może nieco wbrew intencjom twórców całkiem nieźle się na nim bawiłem i uśmiałem się tak jak dawno mi się to nie zdarzyło. Jak dla mnie to jest po prostu idealny "film tak zły, że aż dobry", pokroju kultowego już "Planu dziewięć z kosmosu" i absolutnie nie uważam czasu przy nim spędzonego za czas stracony. Oczywiście zdaje sobie spraw, że jest to film który nie każdemu się spodoba, bo takie filmy po prostu trzeba lubić i dlatego powstrzymam się od polecania go komukolwiek ale doradziłbym rozważenie coby przy piwku i w grupie znajomych puścić właśnie ten film. 

OCENA: 7/10

***

Tytuł: Creature

 Reżyser: Fred Andrews

Obsada: Sid Haig, Lauren Schneider, Aaron Hill, David Jensen,

Kraj: USA

Rok: 2011

Gatunek: Horror

Czas trwania: 1 h.33min.

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci