Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Cobra" (1986)

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieję, wy którzy tu wchodzicie!

Wiem, że oczekujecie na dokończenie wpisu o "Poughkeepesie Tapes" ale wczoraj nie miałem już siły nic napisać więc na pewno zostanie dokończony dziś albo jutro , ale najpierw napiszę parę słów na zupełnie inny temat. Otóż dziś jedna ze stacji prywatnych nadała film "Cobra" z Sylvestrem Stallone, w roli detektywa Cobrettiego znanego z niekonwencjonalnych metod działania, który wpada na trop wyjątkowo groźnego przestępcy zwanego "Nocnym Rzeźnikiem" ( Sądząc z podobieństwa pseudonimów i rokiem powstania całość była niewątpliwie w jakiś tam sposób inspirowana "działalnością" Richarda Ramireza zwanego "Nocnym Łowcą"). Film, który podobno jest kultowy. A skoro jakoś tak się złożyło, że do tej pory go nie widziałem to oczywiście usiadłem przed ekranem bo skoro to tak dobry film (Jakby na to nie patrzeć mamy tu wątek seryjnego mordercy, czyli coś co jak wspomniałem bardzo mnie kręci a poza tym na filmwebie miał prawie 80% w moim guście) to trzeba go było obejrzeć więc teraz pora na garść moich refleksji. 

Cobra

No cóż. Nie będę ukrywał, że nie rozumiem tego całego nimbu kultowości i uwielbienia jaki otacza dzieło George'a P. Cosmatosa. Owszem przyznaję, jest to film sprawnie nakręcony, który nieźle i w miarę bezboleśnie się ogląda ale nic tu jakoś szczególnie nie rzuca się w oczy i brak tu czegoś co skłoniłoby mnie do drugiego seansu. Nie wiem może gdybym go oglądał w latach 90 albo gdyby film konsekwentnie podążył w stronę mrocznego thrillera o polowaniu na mordercę czyli czegoś na wzór (Notabene pochodzącego z tego samego roku) "Łowcy" Michaela Manna i czegoś na co zapowiadało się na początku, to bym się nim nawet zachwycił ale skoro ktoś wybrał inaczej to chyba nie może dziwić, że zamiast smacznego produktu wyszło nam coś czego termin przydatności do spożycia najwyraźniej już dawno minął. Sądząc bowiem z perspektywy czasu to mamy tu do czynienia z dziełem co najwyżej przeciętnym. Typowym, niewyróżniającym się szczególnie średniakiem jakich pełno w koszykach z filmami po pięć złotych w każdym hipermarkecie. I wreszcie filmem, który wygląda tak jakby czyimś zamiarem było nakręcenie kopii "Brudnego Harry'ego" ( Tam też przecież był policjant działający według własnych zasad i stosujący niekonwencjonalne metody działania tropiący terroryzującego miasto przestępcę wzorowanego na tym znanym z prawdziwego świata {Tak! Mówię tu o sprawie Zodiaka} więc chyba nic dziwnego, że podobieństwo rzuca się w oczy) tylko, że zamiast Clinta Eastwooda miał Sylvestra Stalone. I choć trzeba powiedzieć, że "Włoski Ogier" wypadł w tym filmie udanie i obok Briana Thompsona  był chyba najjaśniejszym punktem całego projektu to i tak wyraźnie muszę zaznaczyć, że mamy tu do czynienia z marną podróbką, którą ktoś doprawił większą ilością akcji, tylko po to żeby zamaskować różnicę klas.

Zdecydowanie najważniejszą rolę w takim a nie innym odbiorze miał scenariusz. Mamy tu bowiem do czynienia z czymś przypominającym ser szwajcarski, pełnym schematów ( jak scena ze strzelaniem w plecy co niby miało być zaskakujące i niby miało podkreślać jakim złym człowiekiem był nasz bandzior ale w rzeczywistości było równie łatwe do przewidzenia jak to, że Wisła wpada do morza) nielogiczności (Szczególnie rozbroiła mnie scena z portretem pamięciowym i "jasnowidzeniem" pana Cobry na temat mordercy), nachalnego product placementu ( Radzę zwrócić uwagę na bardzo dobrze widoczne, i to kilkakrotnie, spore logo Pepsi czy stojące na półkach butelki 7up w scenie pierwszej filmowej strzelaniny) w dodatku doprawiony na siłę wsadzonym wątkiem miłosnym postaci, które ewidentnie nie współgrały ze sobą na ekranie ( Główna w tym "zasługa" Brigitte Nielsen, która {sądząc z tego jak zagrała w tej produkcji} jest równie dobrą aktorką co ja fizykiem nuklearnym.) Czy naprawdę nie można było kosztem tych scen rozbudować choć trochę wątku złych neonazistów, (czy kim tam byli ci kolesie, bo równie dobrze to sądząc po scenach machania toporami można by przypuszczać, że to trupa szalonych drwali)  żeby nie wyglądali jak zabójcy Hanki Mostowiak? Przecież to był najważniejszy motyw całego filmu a nie bezsensowne strzelaniny i pościgi

Na koniec warto jednak dodać do tej beczki dziegciu odrobinę miodu i napisać o kilku rzeczach, które mi się w tej produkcji autentycznie podobały. I oczywiście nie można zacząć inaczej jak od wspomnianej już w tym tekście kreacji Briana Thompsona, który wypadł naprawdę rewelacyjnie i jest to napewno jedna z lepszych kreacji złych charakterów jakie widziałem w historii ale też nie wiem na ile jest to zasługa talentu a na ile "walorów fizycznych" bo wystarczy tylko na niego spojrzeć i już człowiek się czuje jakoś tak nieswojo. Co poza tym? Niewiele bo muzyka i (również wspomniana już) rola Sylvestra Stalone, który po prostu pasował do tej roli jak do dobrze uszytego garnituru i nie można mieć do niego żadnych zastrzeżeń.

Podsumowując. Jestem jak najbardziej daleki zarówno od całkowitego potępienia tego dzieła i postulowania jego wycofania z obiegu jak też od tworzenia hymnów pochwalnych na jego cześć ale każdy kto chciałby zapoznać się z jej treścią musi pamiętać o tym, że w moim odczuciu jest to produkcja co najwyżej średnia, która może znaleźć oczywiste wierne i oddane grono zwolenników ale ja do niego z pewnością nie będę należał bo dla mnie to zdecydowanie zmarnowany potencjał.

GRA AKTORSKA: 6/10

FABUŁA: 3/10

INNOWACYJNOŚĆ: 3/10

SPRAWY TECHNICZNE: 6/10

WALORY ESTETYCZNE: 3/10 ( Bo kogo ja mam tu oceniać? Brigitte Nielsen?)

OCENA OGÓLNA: 4/10

***

Tytuł: Cobra

Reżyseria: George P. Cosmatos

Scenariusz: Sylvester Stallone

Obsada: Sylvester Stallone, Brigitte Nielsen, Andrew Robinson, Brian Thompson

Kraj: USA

Rok: 1986

Gatunek: Kryminał, Thriller, Akcja

Czas Trwania: 1h. 27min. 

 

 

 

Komentarze (4)

Dodaj komentarz
  • ktosona7676

    Co do Brian'a Thompsona- myślę, że wygląd napewno w pewnym stopniu pomógł mu w roli, ale nie uważam, że tylko dzięki niemu jego rola wypadła rewelacyjnie. Przecież on nie tylko wyglądał ale również zachowywał się jak psychol, więc musiał umieć zagrać, wyrazić złość, nienawiść i tym podobne emocje. Poza tym nie rozumiem dlaczego wszyscy piszą że on wygląda jak psychopata. Popatrzcie sobie na jego ,,normalne'' zdjęcia, np. uśmiechniętego. Jakoś nie widzę, żeby wyglądał jak psychol i choć ma charakterystyczną twarz, umięśnioną( jak dla mnie fajną,męską) to denerwują mnie komentarze niektórych, że ma ,,morde'' jak ,,z kryminału''.

  • ktosona7676

    Poza tym nie ma to jak dzisiejsze nowoczesne filmy- pełne komputerowych poprawek i przesadzonych efektów specjalnych, do tego jest 3D i wszyscy się cieszą. Kiedyś aktorzy musieli się bardziej postarać.

  • bradesinarus

    Witam!
    1. Brian Thompson - Może faktycznie jest tak jak piszesz i Brian Thompson prywatnie to sympatyczny facet, który nie skrzywdziłby nawet muchy. Ja jednak podtrzymuje to co napisałem. Pewien typ aktorów (takich jak np. Vincent D'Onofrio, Gary Oldman, ś.p. Dennis Hooper czy właśnie nasz bohater) ma po prostu w sobie coś, co niepokoi i predystynuje ich niejako do ról charyzmatycznych czarnych charakterów.
    2. To nie do końca tak jak piszesz. Dobry film, zarówno kiedyś jak i dzisiaj, to przede wszystkim wciągająca historia i interesujący, wielowymiarowi bohaterowi. "Cobra" (w przeciwieństwie do np. "The Thing" czy niesamowitego "Okrętu") nie ma ani jednego ani drugiego.

  • ktosona7676

    Masz rację, on w sumie ma w sobie coś niepokojącego, w Cobrze wyglądał strasznie, robił straszne miny ale ja zrozumiałam Cię, że rola Rzeźnika wypadła mu rewelacyjnie tylko dzięki wyglądowi a nie jego talentowi, że on tylko swoim wyglądem zagrał i dlatego próbowałam wyjaśnić, że postać Rzeźnika przerażała nie tylko dzięki predyspozycjom fizycznym aktora ale również bardzo dużo dała tu jego gra aktorska. Gdyby N. Rzeźnik wyglądał tak jak wyglądał a zachowywał się jak normalny człowiek, nie byłby taki przerażający. Uważam, że Brian dobrze wczuł się w swoją rolę. W filmie zachowywał się jak opętany złem, nienawiścią, w finałowej walce zachowywał się tak jakby naprawdę chciał załatwić Sylwestra ;P Ale teraz wiem co miałeś na myśli. Mam nadzieję, że się jasno wyraziłam ;)
    Co do filmu to moim zdaniem miał być to poprostu prosty film akcji, żaden thriller psychologiczny, gdzie bohater ściga mordercę a na końcu okazuje się, że on sam nim jest tylko ma rozdwojenie jaźni. Od początku już wiedzieliśmy, kto jest mordercą i że dowodzi on bezwzględną sektą. Miały być tam tylko akcje, pełno strzelanek, brutalności. Przeczytałam kiedyś opinię, że film ten był poprostu robiony pod sławę S. Stallone'a gdy był on mega gwiazdą, idolem, lansowano jego wizerunek filmowy jako nieustraszonego bohatera,pogromcę czarnych charakterów. I ten film był kiedyś zapewne hitem, młodzi oglądali go, widzieli w Sylwestrze idola, pewnie zbierali z nim plakaty, gadżety, kolekcjonowali filmy z nim i teraz piszą, że mają do niego sentyment, wychowali się na nim, oglądając ten film przypominają im się stare czasy.
    Pozdrawiam

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci