Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

Lewiatan {Leviathan} (1989) czyli wódka zmienia ludzi albo obcy na dnie morza.

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

Jako, że nie widziałem jeszcze "Prometeusza", który od piątku szaleje w naszych kinach ( Ale jeszcze go obejrzę i to nawet mimo faktu, że niemal wszędzie zbiera, nazwijmy to, umiarkowanie optymistycznie nastrajające recenzje. Nie mogę jednak go pominąć wszak to był jeden z najbardziej przeze mnie oczekiwanych filmów roku i to w dodatku od reżysera pierwszej i w mojej ocenie najlepszej części sagi o Xenomorfach czyli "Obcy Ósmy Pasażer Nostromo" czyli Ridleya Scotta) a nabrałem ochoty na jakiś horror SF to zabrałem się dziś za film, o którym pierwszy raz usłyszałem mając chyba z 8 czy 9 lat w opowieściach rodziców (I teraz już wiem dlaczego jestem taki dziwny, skoro rodzice opowiadali mi do snu zamiast bajek fabuły horrorów) i z tego co pamiętam to wydał mi się czymś super, lecz nie ma co ukrywać, że głównie przez obecność w nim stworów z kosmosu (Których w tym filmie tak naprawdę nie ma. Choć w sumie nie wiemy skąd te istoty wzięły się na pokładzie rosyjskiego okrętu więc nie jest to do końca nieuprawnione twierdzenie) Długo tego filmu szukałem ( Co było o tyle utrudnione, że pamiętałem tylko to, że cała akcja miała miejsce pod wodą, i że występowały tam potwory. Ba! Przez moment byłem nawet przekonany, że to chodziło o "Głębię" Jamesa Camerona) i już nawet byłem gotowy zrezygnować i uznać, że ten film nigdy nie istniał, aż w końcu kilka dni temu udało mi się go znaleźć w całości na You Tube tak więc mogłem zweryfikować swoje wyobrażenie na jego temat. Tak więc przed państwem moje wrażenia z filmu znanego nam już reżysera niezbyt udanej "Cobry" czyli Georga P. Cosmatosa pod tytułem "Leviathan. 

Leviathan

   No i muszę szczerze powiedzieć, że trochę inaczej wyobrażałem sobie ten film. To znaczy, żeby była jasność. Nie twierdzę, że jest to film zły bo w moim odczuciu jest to film o klasę lepszy od poprzedniego dzieła pana C., które omawiałem tu na blogu i jak dla mnie o i wiele lepiej angażujący uwagę (Ale to pewnie kwestia tego, że takie klimaty SF o wiele bardziej do mnie przemawiają niż zwykłe strzelanki). Po prostu chyba moje fantazje i domysły jak  może wyglądać przyćmiły sam obraz bo spodziewałem się dzieła bardziej wypchanego dusznym klimatem (Którego namiastki dostaliśmy w postaci wyglądu tej całej podmorskiej bazy ale jak dla mnie to było zdecydowanie za mało),  zdecydowanie i autentycznie przerażającego a co najważniejsze w pełni autonomicznego i wypchanego świeżymi pomysłami i niestety tego nie dostałem. W zamian zostałem uraczony filmem, który strasznie długo się rozkręca i każe nam czekać aż coś się zacznie dziać, co mogłoby (I pewnie w zamyśle osób odpowiedzialnych za scenariusz służyło) służyć przedstawieniu nam bohaterów tak, żebyśmy ich losem mogli się przejmować. Ale nawet mimo Petera Wellera w obsadzie, który znów robi co może a czasami nawet jeszcze więcej i zdecydowanie jest chyba jednym z nielicznych punktów dla którego warto ten film obejrzeć, jakoś im się to nie udaje w czym zdecydowanie nie pomaga posiadanie w aktorze jednego z bandziorów z "Kevina samego w Domu" (Tego, który nie jest Joe Pescim) jako ewidentny akcent komediowy sprowadzony do rzucania seksistowskich tekstów. Ale to jeszcze bym przebolał (Zwłaszcza, że poza wymienionym już tu jegomościem reszta aktorów tworzy naprawdę niezłe kreacje). Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że zostałem uraczony swoistym mixem pomysłów z dwóch innych obrazów. Mówię tu o "Obcym" ( Zwłaszcza jeżeli przyjrzymy się scenom podwodnym czy charakterom poszczególnych członków załogi) oraz "The Thing" ( Zdecydowanie więcej tego drugiego bo mamy tu nawet rolę doktora jakby żywcem skopiowaną z kreacji Wilforda Brimleya). Ja rozumiem, że są to genialne dzieła, które mogą i powinny inspirować twórców ale nie może to wyglądać jak bezczelna zrzynka, a z czymś takim niestety mamy tu do czynienia

Oczywiście nie mogę nie wspomnieć o kilku innowacjach jakie ten film próbuje przemycić. Mamy tu bowiem zakażoną rosyjską wódkę jako źródło mutacji ( Wow! Czegoś takiego właśnie zawsze mi w filmach brakowało. Kampania przeciwko alkoholizmowi powinna być dumna i wykorzystać ten pomysł w swoich akcjach. Już widzę oczami wyobraźni hasło "Wódka zmienia ludzi") Chociaż tak swoją drogą to warto w tym miejscu wspomnieć, że rezultaty tych mutacji nawet mimo, że nie wykonane CGI wyglądają naprawdę imponująco i zdecydowanie lepiej niż efekty specjalne stosowane w większości dzisiejszych produkcji tego typu w dzisiejszych czasach. Zresztą czy trudno się temu dziwić skoro pracował nad nimi sam Stan Winston?) oraz umieszczenie akcji filmu w kopalni srebra na dnie oceanu co nie tylko pozwala na nadanie filmowi odpowiedniego klimatu ale również na wymierzenie prztyczka w nos wielkim korporacjom, które symbolizuje postać grana przez Meg Foster, dla których ważniejsze są pieniądze niż ludzkie życie.  Warto również wspomnieć w tym punkcie niezwykle klimatyczną ścieżkę dźwiękową, za którą odpowiadał sam Jerry Goldsmith

Podsumowując. Poszerzając temat, który poruszyłem w jednej z poprzednich notek muszę przyznać, że filmy z lat osiemdziesiątych i wcześniejszych  mają to do siebie, że strasznie trudno jest dziś znaleźć obraz z tamtych czasów (I to nawet z tych rzekomo kanonicznych), który broniłby się do dzisiaj. I "Lewiatan" niestety takie twierdzenie tylko potwierdza. Jest to obraz, który warto zobaczyć chyba tylko dla Petera Wellera i świetnie zrobionego potworka. Reszta jest milczeniem.

Ocena: 5/10

***

Tytuł: Lewiatan

Tytuł Oryginalny: Leviathan

Reżyseria: George P. Cosmatos

Scenariusz: David Webb Peoples, Jeb Stuart

Obsada: Peter Weller, Amanda Pays, Richard Crenna, Meg  Foster, Ernie Hudson

Rok Produkcji: 1989

Kraj: USA, Włochy

Gatunek: Horror, SF

Czas trwania: 1h. 38min.


 

 

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci