Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Raven, The" 2012

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

Oj! Coś chyba nigdy nie dokończę ani oglądania "Poughkeepsie Tapes", ani pisania o nim recenzji. Zawsze bowiem są z tym jakieś problemy. Najpierw na przeszkodzie stanął sen, wczoraj "Cobra" a dziś dorwałem w końcu w swoje łapki jeden z najbardziej przeze mnie oczekiwanych filmów roku (Którego obejrzenie zapowiadałem choćby ostatnio przy okazji swoich refleksji na temat filmu "Twixt") czyli "The Raven" z Johnem Cusackiem w roli Edgara A. Poe na tropie seryjnego mordercy, który w swojej działalności inspiruje się jego własną twórczością. A skoro tak to po przypomnieniu sobie jaką atencją darzę fabuły opowiadające o seryjnych mordercach oraz faktu, że twórczość tego genialnego pisarza nie jest mi zupełnie obca chyba nie możecie się dziwić, że ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem i zamiast uzupełniać notatkowe braki ( A kilka takich mam na pewno. Będę chyba kiedyś musiał poświęcić jeden dzień aby tylko i wyłącznie pouzupełniać te niedokończone wpisy) wolałem poświęcić ten czas na obejrzenie tego niecierpliwie wyczekiwanego dzieła prawda? 

The Raven

I muszę powiedzieć, że choć w odróżnieniu od takiej np. omawianej tu wczoraj "Cobry" czy podobnego podobnego pod względem klimatu "Z piekła rodem" cała sprawa seryjnego mordercy jest tylko i wyłącznie licentia poetica luźno oparta na dziś dziś nie rozwiązanej sprawie zagadkowej śmierci pisarza ( Z zachowaniem większości szczegółów jak np. nazwisko jakie rzekomo miał powtarzać przed śmiercią, a które tu w bardzo udany sposób powiązano z treścią filmu. Zresztą zachęcam do przeczytania artykułu na wikipedii bo nie czas tu i miejsce aby się o tym rozpisywać a zdecydowanie pogłębia to odbiór całego dzieła Jamesa McTeigue'a) to jednak mamy tu do czynienia z naprawdę udaną, angażującą, klimatyczną ( Z filmów recenzowanych przeze mnie ostatnio dorównywać mu w tym względzie, a nawet minimalnie go przewyższać, może chyba tylko "Twixt", który jednak na klimacie opiera całą swoją wartość, zaś zdecydowanie ustępuje mu pod względem scenariuszowym. Tutaj natomiast mamy klimat, który jest tylko jednym z elementów całego planu i co warte podkreślenia udało się go twórcom tej produkcji osiągnąć i, co jest chyba jeszcze trudniejsze, utrzymać na w miarę wysokim i równym poziomie głównie dzięki takim składnikom jak: niezłe zdjęcia (zwłaszcza mam tu na myśli scenę balu), udanie wykorzystane efekty CGI do stworzenia kruków, które pojawiają się niemal w każdej scenie i pogodzie bo warto zwrócić uwagę na to, że tak naprawdę nie ma tu ani jednej sceny dziejącej się w świetle słońca i przy ładnej pogodzie, bo mamy albo zamgloną noc albo szary deszczowy dzień albo ciemne podziemia. Nie będę w tej chwili podawał wielu przykładów ale wystarczy przypomnieć sobie choćby genialne "Siedem" Davida Finchera aby wiedzieć, że takie patenty niemal zawsze się sprawdzają w filmach, które mają ambicje opowiadać o rzeczach mrocznych, krwawych i tajemniczych) produkcją z naprawdę angażującą sprawą kryminalną (czyli w swoisty sposób naprawiająca to co tak już byłem łaskaw wspomnieć było chyba jedyną słabą i niesatysfakcjonującą stroną świetnego "Twixt". Choć muszę w tym miejscu przyznać, że niektóre elementy jak aranżacja  morderstw i ewidentnie komputerowo generowana krew pasowały bardziej do typowych filmowych rzeźni typu "Piła" niż do filmu, który chciałby opierać się głównie na klimacie)   

Chwaląc jednak twórców nie można zapominać o napisaniu kilku dobrych słów o aktorach, bez których dobrej dyspozycji nie mielibyśmy do czynienia z tak dobrą produkcją. I choć zdarzają się tu niewątpliwe obsadowe potknięcia jak Alice Eve jako Emily wybranka serca naszego bohatera, która wypadła jakoś blado i nijako ( Ach! Gdyby tylko miała tyle talentu ile urody. Choć gwoli ścisłości trzeba wspomnieć, że to nie jest do końca jej wina bo po prostu nie bardzo miała tu co grać. Jej rola była bowiem słabo rozpisana i już na poziomie scenariusza została sprowadzona do bycia tylko ładnie wyglądającą i uśmiechającą się dekoracją, takim swoistym "eye candy".  Wiem, że można by to trochę tłumaczyć tym, iż starano się dochować wierność realiom epoki w jakich dzieje się akcja a w tamtym czasie rola kobiet była jaka była, ale skoro filmowcy i tak nagięli wiele rzeczy jak np. fakt, że jedną z pierwszych ofiar zwyrodnialca uczyniono autentyczną postać Rufusa Griswolda największego oponenta naszego bohatera więc w moim odczuciu mogli również pokusić się o stworzenie jakiejś bardziej wyrazistej kobiecej bohaterki zamiast podążać po najmniejszej linii oporu) to reszta obsady zaprezentowała się co najmniej dobrze. Oczywiście w moim odczuciu szczególnie dobrze wypadła dwójka John Cusack, ( Na którym jakoś nigdy się w żadnym filmie nie zawiodłem choć muszę przyznać, że momentami miałem wątpliwości czy oglądam film o Edgarze Allanie Poe czy Sherlocka Holmesa z filmów Guya Ritchie i w wykonaniu Roberta Downey Jr. I nie chodzi tu tylko o specyficzną manierę aktorską ale też na niektóre fabularne rozwiązania) i sobowtór Orlando Blooma czyli Luke Evans, którego do tej pory nie widziałem w żadnej innej produkcji, a który zaprezentował się całkiem pozytywnie i jest w tej chwili jednym z najważniejszych kandydatów do tytułu odkrycia roku w moim corocznym podsumowaniu bo nie wiem czy w ogólnym rozrachunku nie wypadł nawet jeszcze lepiej niż odtwórca najważniejszej roli. I można tylko żałować, że w roli czarnego charakteru obsadzono przyzwoitego lecz pozbawionego jakiegoś większego błysku i zupełnie nie zapadającego na długo w pamięci Sama Hazeldine bo coś czuję, że Evans w tej roli byłby perfekcyjny i finałowa konfrontacja mogłaby na stałe wejść do kanonu kultowych scen filmowych w thrillerach znajdując sobie miejsce gdzieś między sceną prysznicową w "Psychozie" a pogawędkami Jodie Foster z Anthony Hopkinsem w "Milczeniu Owiec". 

Podsumowując. Mamy tu do czynienia z produkcją, która zdecydowanie nie zawiodła moich oczekiwań. I choć nie jest to rzecz, która ma jakiekolwiek szanse w walce o tytuł filmu roku bo ten tytuł bezapelacyjnie przypadnie komuś z dwójki "Dark Knight Rises" albo "Prometeusz" to jednak trzeba pogratulować twórcom stworzenia naprawdę udanego dzieła, które mogę śmiało polecić wszystkim fanom dobrego kina ( Zwłaszcza tym, którym podobał się najnowszy "Sherlock Holmes"). Na pewno nie będziecie zawiedzeni.

OCENA:

8/10

***

Tytuł: The Raven

Reżyseria: James McTeigue

Scenariusz: Hannah Sheakspeare, Ben Livingston

Obsada: John Cusack, Alice Eve, Luke Evans, Brendan Gleeson, Sam Hazeldine

Rok:2012

Kraj: Hiszpania, USA, Węgry

Gatunek: Thriller

Czas trwania: 1h. 51min.

 

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci