Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

Tydzień z Cillianem Murphy Część 3: Zacisze {Retreat} 2011

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

Tak jak wam wczoraj obiecałem dziś kontynuujemy nasz nieformalny tydzień z Cillianem Murphy, który jakoś ostatnio zwrócił moją uwagę i tak jak pisałem już wielokrotnie uważam go za naprawdę dobrego aktora. Dobry aktor musi być jednak aktorem uniwersalnym czyli nie może bazować tylko na jednym gatunku ale próbować swoich sił w różnych gatunkach i stylach i wychodzić z tego z tarczą. A skoro widzieliśmy go już w filmie akcji i w komedii i tam wypadł w mojej opinii lepiej niż dobrze to teraz przyszedł czas na odrobinę trudniejsze zadanie i trochę bardziej mroczne klimaty. Oto brytyjski (Czyli kolejny przeze mnie dziś obejrzany film z tego kraju bo wreszcie udało mi się dokończyć "Ostatni Horror", którego reckę znajdziecie tu) thriller "Retreat"

R

Na początek warto może byłoby przybliżyć z czym właściwie mamy tu do czynienia. Murphy gra tutaj Martina, który wraz z żoną Thandie Newton wyjeżdza na bezludną wyspę aby ratować swoje pogrążone w kryzysie małżeństwo (Jeśli koniecznie chcecie wiedzieć to z tego co zrozumiałem chodzi tu o to, że ich dziecko urodziło się martwe a kiedy żona potrzebowała wsparcia emocjonalnego to Martin akurat musiał pracować więc ona ma teraz o to pretensje). Jak na razie nie brzmi to za bardzo thrillerowo prawda? Raczej jak jakiś dramat obyczajowy a takiego filmu jak wiecie bym nie zniósł. Zapewniam was jednak, że film się troszkę rozkręca, zwłaszcza z pojawieniem się na wyspie tajemniczego mężczyzny granego przez Jamiego Bella chociaż jakichś super fajerwerków się nie spodziewajcie.

Nie jest to może najgorszy film jaki widziałem (Bo pozycja "Madison County" jest póki co nie zagrożona) bo są tu pewne rzeczy takie jak muzyka czy dość nieprzewidywalny finał. Mogę jednak powiedzieć, że mamy tu do czynienia z jednym z gorszych thrillerów, które w życiu widziałem. Obraz, którego nie ratuje nawet to, że jest produkcją z Wysp Brytyjski (A co to niby ma znaczyć? Że niby to jakiś znak jakości? Omawiany tu już kiedyś "Freak Dog" również pochodził z wysp a jego jakość lepiej pominąć) Mamy tu bowiem do czynienia z nudną, schematyczną  i zupełnie nie angażującą opowieścią, której nie ratuje nawet obecność tu Cilliana Murphy, który jest chyba jedynym jasnym punktem tej produkcji choć w sumie gra z miną "Co ja tu do kurki wodnej robię?" . Reżyser tej abominacji Carl Tibbets, który był zarazem jednym ze scenarzystów (Zastanawiające, że ta produkcja potrzebowała aż dwóch ludzi by napisać scenariusz skoro jest tak potwornie nużący i niedopracowany) powinien zapaść się pod ziemię bo przy tym co tu zaprezentował udało mu się sprawić, żeby James N'Guyen ("Mistrz romantycznego thrillera" jak sam się nazywa) wyglądał na całkiem sprawnie operującego językiem filmu fachowcem. A uwierzcie mi, że to nie jest komplement. Słowo daję, ten gość totalnie nie potrafi budować ani stopniować napięcia. Nie opanował starej hitchckokowskiej maksymy, że "Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi a potem napięcie powinno rosnąć". Tu zaś nie dość, że długo musimy czekać aż cokolwiek zacznie się dziać to jak już wreszcie niepokój ruszy to rośnie jak zyski z lokaty w Amber Gold. jestem bardzo wytrzymałym widzem potrafiącym filmom wiele wybaczyć (Czasami nawet ewidentne błędy scenariuszowe, które powinny być widoczne jak na dłoni) ale tu miałem ochotę przerwać seans już po trzydziestu minutach nudnej jak flaki z olejem i rozwodnionej jak... coś bardzo rozwodnionego fabuły. Mamy tu bowiem do czynienia z brytyjską maskrą taśmą filmową. Obrazem, którego oglądanie to istna mordęga bo podczas oglądania ma się wrażenie jakby ciągnął się nie przez półtorej godziny ale przez sześć. 

Kolejny punkt to aktorzy, których jest mało (Bo jest to bardzo minimalistyczny pod tym względem film potrzebujący tylko czterech członków obsady) więc można by sądzić, że zostali wybrani z należytą pieczołowitością i pewnością, że dadzą z siebie wszystko niczym Ryan Reynolds w kapitalnym "Pogrzebanym" prawda?. Błąd! Ten twór gra z naszymi oczekiwaniami, gdyż poza wspomnianym tu już Cillianem Murphy reszta obsady to albo castingowe porażki (Jak Jamie Bell, który w moim odczuciu zupełnie nie pasował do swojej roli) albo aktorom się po prostu nie chciało a musieli jakoś zarobić na opłacenie rachunków nie doszukałem się tu ani jednej kreacji, która wzbudziła by we mnie jakiekolwiek uczucia. Wielką zagadką będzie dla mnie jak taka np. Thandie Newton, która przecież ma na swoim koncie naprawdę dobre kreacje w naprawdę niezłych filmach jak "Miasto Gniewu" mogła tak totalnie położyć swoją rolę. 

Podsumowując. Nie będę ukrywał, że dla mnie ta produkcja to była totalna strata czasu i gdyby nie to, że brzmiał interesująco to naprawdę wolałbym bardziej dać sobie odciąć piłą mechaniczną nogę niż oglądać ten film. Uważam, że Cillian Murphy powinien zdecydowanie rozsądniej wybierać scenariusze bo na takich filmach jak ten nie da się zbudować takiej kariery na jaką go niewątpliwie stać. 

OCENA: 3/10

***

Tytuł: Zacisze

Oryginalny: Retreat

Reżyser: Carl Tibbets

Scenariusz: Janice Hallet, Carl Tibbets

Obsada: Thandie Newton, Cillian Murphy, Jamie Bell, Jimmy Yuill

Rok: 2011

Kraj: Wielka Brytania

Gatunek: Thriller

Czas trwania: 90 minut. 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci