Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Martha Marcy May Marlene" (2011) czyli koncert gry aktorskiej w wykonaniu Elizabeth Olsen

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

MMMM

Tak jak to wam mówiłem przy okazji recenzowania "Red Lights", którego jednym z najjaśniejszych punktów tej była w mojej opinii kreacja Elizabeth Olsen, narobiłem sobie apetytu na najbardziej nagłośniony film z tą niezwykle uzdolnioną aktorką. Produkcję, która notabene byłaby pewnie interesująca sama w sobie wszak zgarnęła wiele nagród oraz ma prawie 80% rekomendacji na Filmwebie. Jednak to dopiero wspomniany już powód był kroplą, która przelała czarę oczekiwań. Na szczęście udało mi się do niego dotrzeć w miarę szybko więc dziś go sobie obejrzałem. Czy było warto?

Zdecydowanie tak! Nie wiem czy tak wysoka ocena to nie jest przypadkiem wynik tego, że gdzieś zagubiła się moja umiejętność krytycznego myślenia (wszak kilka ostatnich produkcji oceniłem jako co najmniej dobre. Kiedyś mi się to nie zdarzało) czy po prostu za dużo obejrzałem w ostatnim czasie rozczarowujących produkcji w stylu "Tall Mana" i po prostu musiałem odreagować ale choć film mnie tak zupełnie nie olśnił to jednak nie uważam tego seansu za czas stracony nawet mimo faktu, że jest tak bardzo odległy od moich normalnych filmowych preferencji, że jeszcze trochę i byłby dla mnie zupełnie niestrawny. Bo przyznam się szczerze gdyby nie fenomenalna rola naszej głównej bohaterki (Dziwię się, że Olsen nie była nawet nominowana do Oscara bo przecież to była zdecydowanie jedna z najlepszych kreacji ubiegłego roku!) to ten film straciłby dla mnie na wartości co najmniej połowę. Ona po prostu ciągnie ten film  Nie wiem jak dalej potoczy się jej kariera po wypłynięciu na szerokie wody w takim stylu, czy będziemy mieli nową wielką gwiazdę czy też gwiazdkę jednego sezonu ale jak dla mnie to udowodniła, że drzemią w niej ogromne możliwości ( Tak jak w Mary Elizabeth Winstead, która powinna dostać szansę na przełamanie swojego wizerunku aktorki kina wyłącznie popularnego. Ale o tym już wspominałem tyle razy, że w końcu musi się sprawdzić. Pozostaje mieć nadzieję, że może nadchodzący wielkimi krokami "Smashed" będzie takim przełamaniem) i warto będzie śledzić każdy jej kolejny ruch. Zwłaszcza, że w przeciwieństwie do Winstead, zdaje się lepiej dobierać projekty, w które chce się zaangażować ( Świadczy o tym choćby recenzowany tu "Red Lights" czy przyszłoroczny remake "Oldboya" w reżyserii Spike'a Lee, który ma szansę naprawić to co zepsuto w oryginale)  

No dobra ale gadanie gadaniem a wy pewnie zastanawiacie się o czym to w ogóle jest? I czy ma jakieś inne zalety poza tu już wymienioną. No cóż trudno znaleźć cokolwiek więcej kiedy zarys fabuły brzmi bardziej jak coś z cyklu "Prawdziwe Historie" niż rzecz, która potencjalnie mogłaby kogoś (No dobra! Mnie) zainteresować. Mamy tu bowiem do czynienia z opowiedzianą za pomocą retrospekcji ( czyli niejako w stylu "Podejrzanych" aczkolwiek bez towarzyszącej im sensacyjnej otoczki. Film zaczyna się bowiem od momentu samej ucieczki a potem coraz bardziej zaczynamy poznawać motywy jakie naszą protagonistkę do tej decyzji pchnęły) historią młodej dziewczyny Marthy (Granej przez Elizabeth Olsen jakby ktoś miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości), która ucieka z ramion groźnej sekty czy może raczej komuny (przynajmniej ja miałem takie wrażenie). Śledzimy jej perypetie z ponownym przystosowaniem się do życia w cywilizowanym społeczeństwie. Byłoby to nawet ciekawe zwłaszcza, że są tu momenty takiego natężenia klimatu, że ręce same składają się do oklasków ale po pierwsze są to tylko momenty a nie cały film a po drugie wszystko to jest rozpaczliwie przewidywalne, łopatologiczne a przede wszystkim dawno wyeksploatowane przez inne produkcje. 

Podsumowując. Możecie być skonfundowani, że najpierw piszę, że film jest wart obejrzenia a potem jadę po nim jak po łysej kobyle. Zapewniam więc, że nie straciłem jeszcze władzy umysłowej i dobrze wiem co piszę. Powtórzę więc jeszcze raz. To nie jest film godny by stać na jednej półce co rewelacyjne "Red Lights". Natomiast powodem, dla którego warto jest mimo wszystko dać tej produkcji szansę jest totalna kreacja Elizabeth Olsen oraz kilka naprawdę udanych scen. Reszta równie dobrze mogłaby nie istnieć. 

OCENA: 7/10

***

Tytuł: Martha Marcy May Marlene

Reżyser: Sean Durkin

Scenariusz: Sean Durkin

Obsada: Elizabeth Olsen, Hugh Dancy, Sarah Paulson, John Hawkes

Rok: 2011

Kraj: USA

Gatunek: Dramat, Thriller

Czas trwania: 102 minuty

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci