Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Morderstwo w sieci" {My Little Eye} (2002) czyli horrorowe Truman Show z dodatkiem Bradleya Coopera

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

MWS

Ponieważ wczoraj pisałem o filmie, który okazał się sporym rozczarowaniem to dziś pomyślałem sobie "Hej! Trzeba znaleźć na odtrutkę jakąś produkcję, o która można powiedzieć, że z pewnością mnie nie zawiedzie". Tak! Pomysł jest naprawdę dobry tylko zapomniałem o jednej bardzo ważnej rzeczy. Jak mam to zrobić skoro jedyne produkcje, co do których mam taką pewność to te, które zdążyłem je obejrzeć a ja mam ochotę na coś w miarę świeżego. I po długim namyśle wpadłem na naprawdę rewelacyjny pomysł! Trzeba obejrzeć coś co kiedyś już widziałem, co pamiętam, że mi się podobało ale o czym moje wspomnienia są na tyle mgliste, że seans powinien być ciekawy. Coś takiego jak np. "Morderstwo w Sieci" (2002). Czy było warto do niego wrócić?

Jak najbardziej! Mamy tu bowiem do czynienia z kawałkiem naprawdę dobrego, bezpretensjonalnego kina grozy ze świetnie poprowadzonym nastrojem, nie podążanie najłatwiejszą możliwą ścieżką (Czyli topieniem wszystkiego w krwi i bebechach oraz braniem udziału w wyścigu na najbardziej obrzydliwe sceny filmowe) a także klimatyczną, zaskakującą końcówką. A przede wszystkim mamy tu produkcję, która w rewelacyjny sposób wykorzystała do opowiedzenia swojej historii modny w tamtym czasie formacie reality show, który w świecie kina rozpowszechnił znakomity "Truman Show" a później jak każdy nowy trend niemal na skalę masową i do kompletnego zajechania wykorzystywanym przez masę innych produkcji tak rozmaitego rodzaju jak między innymi "Halloween Ressurection" ( Będącym niezłym  elementem serii tak swoją drogą), Norweski "Villmark" (Do którego obejrzenia sam przymierzam się już od dłuższego czasu bo lubię takie klimaty a o tej produkcji słyszałem w dodatku wiele ciepłych słów), beznadziejny polski "Show", "Droga bez powrotu 2" czy w pewien sposób nawet tegoroczny "Cabin in the Woods". I co najważniejsze nie tylko mamy tu okaz z czasów kiedy ta technika była w miarę świeża i kiedy jeszcze filmowcy potrafili ją twórczo stosować ale na dodatek wydaje się, że forma jest nierozerwalnie związana z treścią. Ale może najpierw przyjrzyjmy się z czym to się je. 

Jak na dzisiejsze czasy fabuła nie prezentuje się jakoś super zachęcająco bo mieliśmy wiele filmów opowiadających podobną historię ale kilka lat temu musiała robić wrażenie. Mamy tu bowiem grupkę ludzi, uczestników telewizyjnego programu w rodzaju "Big Brothera", którzy aby wygrać milion dolarów muszą spędzić sześć miesięcy w chatce na odludziu naszpikowanej kamerami jakby to była co najmniej tajna kwatera KGB ( Nie wiem czy tylko mi się wydaje ale wydaje mi się to zapożyczonym motywem z "Domu na przeklętym wzgórzu" z Vincentem Pricem) . Oczywiście nikt nie może się wycofać bo wówczas cała nagroda przepada. Jakby tego było mało tajemniczy organizatorzy całej akcji (O której prawdziwej tożsamości dowiadujemy się dopiero w finale i przyznaję, że jest to chyba najbardziej zaskakująca rzecz w całym filmie) przygotowali masę niespodzianek na podgrzanie napięcia i tym samym zwiększenie oglądalności swojego programu. Podrzucają na przykład zakrwawiony toporek jednemu z uczestników, odcinają uczestnikom dostawy ciepła (A zapomniałem dodać, że cała akcja dzieje się zimą) czy zmniejszają racje żywnościowe skutkiem czego narasta napięcie w grupie. 

No dobra! Muszę przyznać, że pierwszym co rzuca się w oczy już po odpaleniu filmu ( A co jakoś mi umknęło z pamięci. Zupełnie jakbym oglądał jakąś zupełnie inną wersję bardziej wypakowaną akcją) jest to, że film długo się rozwija zanim przejdziemy do właściwej akcji. Nie jest to może skala rozwoju zastosowana w nudnym jak oglądanie gry reprezentacji polski, "Retreat" i w tym wypadku oczekiwanie jest rekompensowane świetną drugą połową a zwłaszcza naprawdę wciągającym i nieprzewidywalnym finałem. Można się też przyczepić, że mamy tu znów do czynienia z lenistwem scenarzystów, którzy nie mogli wpaść na żaden nowatorski pomysł więc wykorzystali po raz wtóry stereotypowo napisane postacie ( Cnotka, Sportowiec, "Panna wyzwolona") tak klasyczne dla slasheru. Ja rozumiem, że "My Little Eye" to produkcja niezależna i mogli nie mieć kasy na zatrudnienie większych nazwisk aktorskich i musieli bazować na tym co mają. Ale czy naprawdę nie można było znaleźć aktorów, które dałyby życie tym postaciom? A tak mamy postacie, z których żadna nie rzuca się w szczególny sposób w oczy, żadna nie ma osobowości większej niż kartka papieru (Nawet Laura Regan, która chyba jako jedyna starać się podnieść poziom) nie ma na czym, że tak się wyrażę "oka zawiesić" ( I to w obydwu wymiarach bo i aktorki tu grają nie należą do szczególnie urodziwych) nikt z obsady aktorskiej nie tworzy szczególnie przekonującej kreacji ( Nawet Bradley Cooper w jednej ze swoich pierwszych ról. Powiem szczerze, że gdybym nie wiedział kim jest to po tym co tu zaprezentował nie wróżył bym mu szczególnie długiej kariery) 

Podsumowując. Nie jest to może film idealny i przy ponownym obejrzeniu po wielu latach wiele traci ale naprawdę jeżeli pominie się wykonanie i momenty nudy zwłaszcza na początku to mamy tu film, który zapewnia masę rozrywki i na pewno jest wart obejrzenia (A na pewno bardziej niż "Tall Man" co już jest pewną rekomendacją) szczególnie z powodu formy jaką udało się wykorzystać lepiej niż w niemal wszystkich rywalach do tytułu najlepszego horroru wykorzystującego motyw reality show. Ja jestem zadowolony!

Ocena: 7/10

***

Tytuł: Morderstwo w sieci

Tytuł polski: My little eye

Reżyser: Marc Evans

Scenariusz: David Hilton, James Watkins

Obsada: Laura Regan, Bradley Cooper, Jennifer Sky, Stephen O'Reilly

Rok: 2002

Kraj: Francja, Kanada, USA, Wlk. Brytania

Gatunek: Thriller

Czas trwania: 95 minut 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci