Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Big Love" (2012) czyli oddzielmy twórcę od produktu i poglądy od umiejętności

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

Big Love

Miałem dziś bardzo dziwną przygodę. Wchodząc na bloga uświadomiłem sobie, że jakoś tak od kilku dni nie umieściłem tu żadnej recenzji! Doszedłem więc do wniosku, że trzeba coś z tym zrobić, jakoś to zmienić więc w ramach wyrównywania zaległości nadszedł czas aby podzielić się z wami moimi przemyśleniami na temat najgłośniejszej i najpopularniejszej obok "Kac Wawy" polskiej premiery tego roku czyli filmu "Big Love".

Przyznam się szczerze. Gdyby nie to, że postanowiłem odpocząć od rutyny oraz zawiesić dotychczasową i preferowaną przeze mnie tematykę mrocznej strony życia (choć w sumie to tak nie do końca ) nigdy bym się za ten obraz nie zabrał. I tu nawet nie chodzi o to, że poza nielicznymi wyjątkami, nie oglądam polskiego kina czy odstraszające i horrendalne natężenie reklam tej produkcji (niemalże nie dało się spokojnie przejść przez miasto czy poczytać gazety, żeby nie natknąć się choćby na niewielki plakat czy wzmiankę) co przy polskim dziele rzadko kiedy wróży coś dobrego. Prawdziwym powodem był "Filmweb", a ściślej rzecz ujmując sprowokowana przez recenzję Michała Walkiewicza słynna już dyskusja (Która w swoim czasie zmusiła mnie do tego aby napisać o tym wydarzeniu notkę,) której obejrzenie serdecznie polecam każdemu kto jej jeszcze nie widział. Przebieg tej wymiany zdań szybko przybrał kuriozalny charakter, stał się przebojem internetu i pokazał panią Białowąs jako niekompetentną egoistkę zapatrzoną we własny pępek w stopniu maksymalnym. Nic więc chyba dziwnego, że po doświadczeniu czegoś tak porażającego nie miałem ochoty na to, żeby w ogóle znajdować się w odległości mniejszej niż sto metrów od jakiejkolwiek kopii tego dzieła. Brak było bowiem najmniejszych podstaw by choćby przypuszczać, że "z tej mąki będzie chleb" czyli co najmniej dobry, wciągający film. Obawiałem się raczej, że zostanę zaatakowany mętnym znaczeniowo i przesadnie nadętym formalnie produktem filmopodobnym. Jakże się myliłem. 

Nie mam tu zamiaru przesadnie bronić pani reżyser bo to beznadziejny przypadek jako, że po prostu nie lubię ludzi zadufanych w sobie oraz nadal uważam, iż skompromitowała się koncertowo na oczach całej Polski. Nie wiem czy zawinił tu fakt, że wyglądała jakby spaliła się psychicznie, nie była we właściwy sposób przygotowana do dyskusji czy po prostu nie potrafi bronić swojego dzieła ( A tak swoją drogą to nie wiem po co w ogóle tam poszła. Przecież jako twórca powinna się liczyć z tym, że jej wyrób może zostać odebrany przez różnych krytyków w diametralnie inny od zamierzonego sposób i mogła po prostu się nie przejmować negatywnymi opiniami). Muszę natomiast powiedzieć, że jestem całkowicie przeciwko zjawisku oceniania jej reżyserskich kompetencji wyłącznie na podstawie słów czyli tego wszystkiego co możemy zaobserwować na wymienionym tu już portalu i czego wynikiem jest ogólna ocena oscylująca w okolicy 2. Przepraszam ale mam pytanie do wszystkich wystawiających pani Barbarze tak niskie noty: Jak w takim razie ocenilibyście takich "wirtuozów kamery" jak Robert David Sanders twórca kompletnie beznadziejnego "Zaciemnienia" czyli jednego z dwóch najgorszych filmów jakie w życiu widziałem? I oczywiście możecie uznać, że kompletnie straciłem łączność z rzeczywistością, że odpłynąłem na fali nonkonformizmu, że nie znam się na kinie czy inne tego typu bzdety-epitety ale w mojej ocenie głównym kryterium wartości artysty, a zwłaszcza reżysera jest umiejętność opowiedzenia interesującej historii. A z tym pani Białowąs jak najbardziej sobie poradziła. "Big Love" to naprawdę dobry, wciągający film o namiętności z ciekawie poprowadzoną linią fabularną oraz dobrze napisanymi i co najważniejsze naturalnie brzmiącymi dialogami (Co w polskich produkcjach nie zawsze jest normą bo przypomnijcie sobie sobie zgrzytające teksty w "Sali Samobójców", które brzmiały jak smyranie gwoździem po tablicy) a także zawierający w sobie niegłupie przesłanie. To produkcja, która autentycznie mi się podobała, trafiła w mój gust i zawsze będę jej bronił.

Trzeba bowiem docenić choćby fakt, że aktorzy (Zwłaszcza grająca Emilkę Aleksandra Hamkało, której rola wymagająca tak na marginesie niebywałej odwagi zważywszy na mocno erotyczny czy wręcz zahaczający miejscami o pornografię wydźwięk niektórych scen, stworzyła jedną z najlepszych kobiecych kreacji jakie widziałem w tym roku dowodząc, że dysponuje nie tylko ładną buzią ale również imponującym warsztatem aktorskim oraz charyzmą nie pozwalającą oderwać wzroku od ekranu. Jako widz mam nadzieję, że tak dobra dyspozycja nie okaże się u tej utalentowanej dziewczyny tylko jednorazowym wyskokiem a stałą tendencją bo wtedy polskie kino może mieć z niej wiele pożytku) radzą sobie całkiem przyzwoicie i wiarygodnie. Trzeba docenić, że muzyka towarzysząca wydarzeniom na ekranie jest naprawdę dobrze dobrana i wpadająca w ucho. I w końcu warto się pochylić choć na chwilę nad tym, że w gruncie rzeczy mamy tu do czynienia z próbą polemiki z mitem wielkiego romantycznego i wiecznego uczucia więc twórca ma odwagę by kroczyć po wybranej przez siebie ścieżce zamiast po równej jak stół autostradzie schematu.  

Żeby nie powstało mylne wrażenie, że jest to w moich oczach produkcja idealna tak na koniec wypadałoby wspomnieć o kilku jej aspektach, których nawet przy największej dawce wyrozumiałości nie jestem w stanie pominąć (Choć niemal każdy z minusów można by pewnie złożyć na karb małego doświadczenia pani reżyser albo jej wynikającego z relatywnie młodego wieku przekonania, że potrafi zrobić coś takiego czego jeszcze nikt inny nigdy nie zrobił i mieć wiarę w to, że jej następne produkcje, jeżeli powstaną bo po takiej dawce krytyki jaką otrzymała można zdecydowanie zwątpić w sens tworzenia czegokolwiek, będą tych grzechów pozbawione). Faktem bowiem jest, że pewne wątki jak choćby małżeństwo doktora granego przez Roberta Gonerę są tu w gruncie rzeczy mało potrzebne, niektórzy aktorzy wyglądają jakby kompletnie nie wiedzieli co mają robić na ekranie (Małgorzata Pieczyńska w roli matki Emilki) a wiele zastosowanych symboli jest albo niejasnych albo przez innych twórców tak często używanych, że zdążyły się już dokumentnie zużyć znaczeniowo. Można też wyczuć pewną chropowatość opowieści zamiast tradycyjnej dla dzieł dojrzałych twórców płynności.

Podsumowując. Biorąc pod uwagę okoliczności towarzyszące tej produkcji zaskakującym jest dla mnie fakt, że "Big Love" autentycznie  mi się podobał i poruszył jakąś cząstkę mojej duszy, której istnienia się absolutnie nie domyślałem. Nigdy bowiem nie spodziewałbym się, że w stu procentach zgodzę się z wypowiedzianą w pamiętnej dyskusji przez panią Białowąs myślą, że gdyby ten film wyszedł nie spod ręki polskiego artysty, bo oni jak wiadomo na niczym się nie znają i niczego nie umieją, ale uznanego twórcy pokroju Pedro Almodovara to wszyscy odbiorcy byliby wniebowzięci i byłby to poważny faworyt do zdobycia wielu prestiżowych nagród.   

OCENA: 8/10

***

Tytuł: Big Love

Reżyseria: Barbara Białowąs

Scenariusz: Barbara Białowąs

Obsada: Aleksandra Hamkało, Antoni Pawlicki, Robert Gonera, Małgorzata Pieczyńska, Adam Ferency

Rok: 2012

Kraj: Polska

Gatunek: Melodramat, Thriller

Czas trwania: 100 minut

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci