Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"OSS 117- Rio nie odpowiada" {OSS 117- Rio ne repond plus} (2009)

bradesinarus
Wiem, że dzisiaj jest Halloween, i że oczekujecie jakiegoś wpisu o horrorach (I napewno taki się tu znajdzie wszak planuję obejrzeć choćby "Mgłę" w reżyserii Franka Darabonta). Na razie jednak chcę napisać kilka słów o czymś innym stylowo i gatunkowo.

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

OSS 117

Zanim Michel Hazanavicius zasłynął na cały świat jako twórca tegorocznego zdobywcy Oscara czyli "Artysty" (Tak swoją drogą to nadal nie obejrzałem tej produkcji i nie zapowiada się żebym to zrobił w najbliższym czasie) jego najsłynniejszym dziełem była zwariowana dylogia o przygodach francuskiego odpowiednika Jamesa Bonda czyli Hubercie Bonisseur de la Bath. Postaci, która przynajmniej we Francji ma już określoną pozycję i renomę ponieważ swój żywot zaczęła na kartach powieści Jeana Bruce'a pod koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku i od tamtej pory zdążyła się pojawić w prawie 300 książkach (Z czego 1/3 napisał sam Bruce zanim w 1963 nie zginął w wypadku samochodowym a po jego śmierci serię kontynuowały jego żona i córka) oraz w kilku ekranizacjach tych historii, z których pierwsza pojawiła się na ekranach kin już w 1957 ("OSS 117 n'est pas mort" w reżyserii Jeana Sacha. Sami więc widzicie jak bardzo ryzykowną decyzją było reanimowanie takiej postaci i na jak wielki gniew fanów można się było narazić. 

Nigdy nie byłem fanem oryginalnej serii ani nawet nie oglądałem żadnej z jej odsłon więc nie wiem jak bym zareagował na to, że Hazanvicius podjął ryzyko i kompletnie zmienił wydźwięk tej historii. O ile bowiem poprzednie odsłony były zrobione na poważnie i w typowo szpiegowskich klimatach to przy odświeżaniu serii reżyser postanowił, że jego film nie będzie w stu procentach poważną produkcją ale raczej pastiszem w stylu Austina Powersa,  swoistą polemiką z kinem akcji lat siedemdziesiątych zwłaszcza jeśli chodzi o kolejne odsłony serii o przygodach Jamesa Bonda. Mogę tylko powiedzieć, że jeśli mam ocenić ten zabieg z perspektywy obejrzanego przeze mnie dzieła to absolutnie zdało egzamin tworząc naprawdę wyborną rozrywkę. Nie można bowiem przejść obojętnie wobec stylizowania produkcji na manierę kręcenia filmów używaną w latach siedemdziesiątych, co wychodzi tak dobrze, że kiedy przypadkiem trafiłem na ten obraz dzisiaj w telewizji byłem święcie przekonany, że oglądam nieznaną mi wcześniej pozycję z tamtych czasów. Nie można nie rozkoszować się urodą grających tu aktorek, zwłaszcza pięknej Louise Monot, mimo że pod względem czysto aktorskim robią one tylko za tło dla błyskotliwego Dujardina. Nie można się nie zachwycić zwariowaną fabułą  która wykorzystuje wątek główny (asa francuskiego wywiadu wysłanego do Rio, żeby od byłego nazisty odkupić listę z nazwiskami francuskich kolaborantów) by wymieszać ze sobą nazistów, hippisów, meksykańskich luchadores oraz całej masy wielce pomysłowych i niesamowicie śmiesznych motywów (na przykład chińczycy, którzy chcą się zemścić na naszym protagoniście za uszczuplenie ich szeregów czy scena  konfrontacji rywalizujących ze sobą wywiadów w windzie). Nie można nie docenić naturalnie brzmiących, rzeczywiście śmiesznych oraz naprawdę dobrze napisanych dialogów i wiarygodnie rozpisanych postaci. Nie da się też pomstować na pomysłowo wmontowane szatkowanie ekranu jak sałatki warzywnej takie jak choćby w scenie telefonicznej rozmowy (Kto widział ten wie o czym mówię, a tego kto nie widział zapewniam, iż osiągnięty w ten sposób efekt wygląda obłędnie).

 Ale największe słowa pochwały należą się grającemu tu główną rolę Jeanowi Dujardin, który choć bardzo przypominał mi Seana Connery z czasów kiedy ten grał agenta 007, to jednak kompletnie zdominował ten film i pokazał, że jeżeli ktoś miał wątpliwości czy jest dobrym aktorem i czy słusznie otrzymał statuetkę Amerykańskiej Akademii Filmowej, to może je sobie schować do kieszeni.  Dujardin udowodnił, że świetnie rozumie się z Hazanaviciusem, że ma niezwykle plastyczną twarz oraz potrafi kapitalnie bawić się  swoją rolą niczym dziecko klockami Lego dzięki czemu kreowany przez niego bohater charakteryzuje  takimi pokładami uroku, luzu i nieskrywanej charyzmy, że oglądanie go na ekranie to po prostu czysta przyjemność.  Zaprezentowane przez niego a wymienione tu przeze mnie cechy charakteryzują największych w branży więc bez cienia przesady mogę powiedzieć, że ten francuski aktor może śmiało konkurować z tak ikonicznymi postaciami jak Erroll Flynn czy Douglas Fairbanks.  

Podsumowując. "OSS 117- Rio nie odpowiada" to kawał naprawdę kapitalnego kina znamionujące naprawdę duże umiejętności. To dzieło, które doceni nie tylko widz odczuwający nostalgię z kinem rodem z lat siedemdziesiątej i tamtejszą poetyką, ale również każdy kto przed ekranem poszukuje bezpretensjonalnej rozrywki lub chce po prostu miło spędzić czas. To film, który mógłby wyjść z pod ręki samego Quentina Tarantino. Tak na zakończenie mogę dodać, że muszę skołować sobie poprzedni tytuł z tej serii czyli "OSS 117- Droga do Kairu", o którym słyszałem, że jest jeszcze lepszy.

OCENA: 8/10

***

Tytuł: OSS 117- Rio nie odpowiada

Oryginalny: OSS 117- Rio ne repond pas

Reżyser: Michel Hazanavicius

Scenariusz: Jean-Francois Halin, Michel Hazanavicius

Obsada: Jean Dujardin, Luise Monot, Rudiger Vogler, Alex Lutz

Kraj: Francja

Gatunek: Komedia, szpiegowski

Budżet: 14.000.000 Euro

Czas trwania: 101 minut

 

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci