Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Ostatni dom po lewej" {Last House On The Left} (2009) czyli remake może być lepszy niż oryginał.

bradesinarus
Chciałbym z góry przeprosić za ewentualne wrażenie, że ta notka nie zupełnie pasuje do normalnie prezentowanego przez moje wpisy poziomu. Po prostu piszę ją już trzeci raz bo cały czas mi się wszystko wykasowuje, więc jestem już potwornie zmęczony.

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

TLHOTL

Nie miałem w planie oglądania tego filmu. Jako osobie aspirującej do miana horrorowego purysty (chociaż tak na marginesie to jaki tam ze mnie purysta skoro remake "Halloween" stawiam trochę wyżej niż oryginał?) nie przystoi mi nie tylko wypowiadać o tym filmie pozytywnie ani w ogóle go oglądać. Mało tego. Powinienem go szczerze nienawidzić, tak jak wszystkich współczesnych remaków bez wyjątku, za bezczeszczenie pamięci genialnego pierwowzoru. Tylko, że jest to w tym wypadku niebywale trudne. Bo o ile w latach siedemdziesiątych debiutancki film Wesa Cravena,którego ten jest przeróbką, mógł szokować swoją brutalnością i robić naprawdę duże wrażenie, to przy oglądaniu go teraz widać wyraźnie, że jego kultowość jest sprawą co najmniej dyskusyjną bo chyba jednak odrobinę się zestarzał i na ten moment jest produkcją co najwyżej średnią, której odświeżenie może tylko pomóc. A po za tym czy naprawdę myśleliście, że mógłbym pominąć film z Sarą Paxton? Przecież nawet jeśli przyjmiemy do wiadomości charakter jej roli (Którego każdy kto obejrzał pierwowzór zdążył się już pewnie domyślić) to udział w głośnej produkcji tak utalentowanej aktorki jest nader ważnym argumentem aby dać temu filmowi szansę. Ale przestańmy może gadać o w sumie mało istotnych detalach i przyjrzyjmy się jak debiutujący tym remakiem w Hollywood Dennis Illiadis poradził sobie w konfrontacji z legendą horroru czyli samym Wesem Cravenem.

No cóż. Po obejrzeniu filmu mogę powiedzieć jedno: grecki twórca absolutnie nie ma się czego wstydzić. Bo choć jego wersja nie jest może produktem w stu procentach idealnym (czepiać można się choćby nieco schematycznych zarysowanych postaci protagonistów i to nawet mimo faktu, że obiektywnie rzecz biorąc są one zagrane (zwłaszcza ze strony Monici Potter o niebo lepiej niż adekwatne charaktery z 1972. ) to jednak jest wyraźnie lepsza, o wiele bardziej bardziej brutalna i po prostu do mnie w znacznie większym stopniu niż rzekomo legendarny pierwowzór. I to nie tylko dlatego, że już od pierwszej sceny możemy dostrzec, że tym razem materiał źródłowy zostanie potraktowany na poważnie (Z czym wiąże się choćby wyrzucenie wątku komediowego w postaci szeryfów idiotów, którzy u Cravena mieli służyć do rozładowywania atmosfery ale zupełnie nie spełnili swojej roli bo po prostu nie pasowali do tego typu klimatów i wyglądali jak uciekinierzy z zupełnie innej produkcji )ale w mojej ocenie głównym powodem takiego stanu rzeczy jest fakt, że zupełnie zmieniony został, i to bardzo, charakter naszych antagonistów z bandy hipisów o nie ustalonym do końca modus operandi na o wiele bardziej dopasowanych do realiów współczesnych czasów złoczyńców. Jak już przy złoczyńcach jesteśmy to nie mogę pominąć bardzo dobrej kreacji Garreta Dillahunta jako herszta bandy odpowiedzialnej za wszystkie negatywne zdarzenia jakie miały tu miejsce.

Kolejnym aspektem, o którym warto wspomnieć jest fakt, że na  mamy tu do czynienia z najlepszym możliwym dowodem na to jak ważne jest właściwe obsadzenie kluczowych ról w takich przedsięwzięciach. Z całym szacunkiem do Wesa Cravena muszę bowiem przyznać, że zatrudnieni przez niego aktorzy nie są chyba najlepszym wyborem (Zwłaszcza jeśli chodzi o Sandrę Peabody, która jakoś zupełnie nie potrafi przekazać całego dramatyzmu sytuacji ) Tu natomiast znajduje się Sara Paxton, (Tak swoją drogą jest to kolejna jej rola z opisywanych na tym blogu, w której prezentuje zupełnie inny aspekt swojego imponującego warsztatu) która mimo posiadania takich samych inicjałów co jej poprzedniczka  dowodzi tu posiadania o wiele większych umiejętności oraz dużego uroku osobistego. Potrafi zaczarować widza do tego stopnia, że ten oglądając sekwencję brutalnego gwałtu (Notabene najmocniejsza scena w całym filmie) czuje się po prostu fatalnie.

Oczywiście żadna moja recenzja nie byłaby pełna gdybym sobie odrobinę nie ponarzekał na to co podobało mi się zdecydowanie najmniej. I co prawda tu takich punktów jest mało (W porównaniu z takim "Zaciemnieniem") to jednak są i warto je wypunktować. Przede wszystkim rzuca się w oczy fakt, że po raz kolejny jesteśmy raczeni "absolutnie niezbędną" sceną pod prysznicem i to już na samym początku (jakbyśmy mało nagości mieli w dalszej części filmu). Poza tym raził mnie fakt, że co najmniej kilka wątków takich jak np. motyw ze śmiercią brata głównej bohaterki było absolutnie niepotrzebnych.

Podsumowując. Jeżeli ktokolwiek nie oglądał jeszcze żadnej z wersji i stoi w tej chwili przed dylematem, który film wybrać, to ze swojej strony poleciłbym mu w pierwszej kolejności obejrzeć właśnie wersję pana Illiadis ponieważ jest to produkcja zdecydowanie lepsza. Można też rzucić okiem na "Źródło" w reżyserii Ingmara Bergmana, które stanowiło inspirację dla całej historii. 

Ocena 8/10

***

Tytuł: "Ostatni dom po lewej"

Tytuł Oryginalny: The Last House on the Left

Reżyser: Dennis Illiadis

Scenariusz: Carl Ellsworth, Adam Alleca

Obsada: Sara Paxton, Monica Potter, Aaron Paul, Garrett Dillahunt

Rok: 2009

Kraj: USA

Gatunek: Horror

Czas trwania: 110 minut



© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci