Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"ATM" (2012) czyli czym by tu jeszcze widza wystraszyć?

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

ATM

Zauważyłem ostatnio, że światowa kinematografia straszyła nas już niemal wszystkim czym tylko straszyć można i co nie wywołuje w widzu odruchu politowania (No chyba, że twórcom chodzi o osiągnięcie takiego efektu i wyśmianie horrorowych schematów poprzez uczynienie prześladowcą zabójczej... "Opony"). Mieliśmy więc już zabójcze kasety wideo, mordujące ludzi blade dziewczynki z długimi włosami (w czym lubuje się kinematografia azjatycka, często wiążąc je z atrybutem wymienionym przeze mnie wcześniej lub takimi zdobyczami techniki jak fotografie czy internet), sama śmierć w postaci zapachu, diabły, duchy, demony, że o różnej maści psychopatach nie wspomnę. Z tego co pamiętam to przewinęła się gdzieś tam również budka telefoniczna jako miejsce kaźni głównego bohatera (I to nawet z dobrym skutkiem o czym zaświadczyć może rewelacyjny "Telefon"). Jednak jedną rzecz filmowcy jakimś dziwnym trafem do tej pory dyskryminowali. Bankomaty. I kiedy światu groził strajk tych maszyn przeciwko ich obrazowi w filmie pojawił się taki reżyser jak David Brooks, który postanowił nadrobić to niedopatrzenie. I tak powstał "ATM", który dziś miałem przyjemność obejrzeć.

Z tą przyjemnością to może bym jednak nie przesadzał. Bo choć pozornie  wydawać by się mogło, że tym razem filmowcy mieli najłatwiejszą robotę na świecie ponieważ mamy tu w mojej  ocenie, naprawdę świetny punkt wyjścia jaki stanowi ograniczenie miejsca akcji niemal wyłącznie do budki z tytułowym automatem, czyli rzecz która nie wymaga niewiadomo jak wielkich nakładów pieniężnych żeby osiągnąć satysfakcjonujący widza nieprzyjemny klimat (Może to jednak tylko moje przypuszczenie spowodowane tym, że tak jak wam już wspominałem sam mam lekką klaustrofobię i małe, ciasne, zamknięte pomieszczenia niesamowicie na mnie działają) to jednak czegoś tu jednak zabrakło. Przepraszam was bardzo ale sam fakt, że film jest trochę lepszy od omawianego tu kilka dni temu "Czarnobyla" (O co nie jest tak w sumie trudno. Wystarczy  poświęcić trochę czasu na wymyślenie jakiejkolwiek fabuły oraz wyposażenie bohaterów w choćby strzępki charakterów) nie predysponuje go przecież jeszcze do tego aby można ją było automatycznie nazwać co najmniej dobrą. Nie robi tego także to, że bohaterami nie są tu głupkowaci i schematyczni aż do bólu zębów studenci wyjeżdzający na wycieczkę w jakieś obskurne miejsce bez zasięgu, dróg i lokalizacji na GPS. ( Choć to w sumie małe pocieszenie bo nasi uwięzieni są  tak samo irytujący i identycznie nijacy).  Takie dzieło bowiem musi posiadać cokolwiek wyróżniającego je z grona tysiąca obrazów opowiadających o psychopacie znęcającym się nad bogu ducha winnymi ludźmi. Cokolwiek przyciągającego uwagę na dłużej niż piętnaście minut (I nie chodzi mi tu o urodę grającej jedną z ról Alice Eve bo choć dziewcze to zaiste urodziwe i fotogeniczne jednak jeśli chodzi o umiejętności czysto aktorskie to jest sztywna jak umarlak) Powinno chociaż udawać dysponowanie przynajmniej oparami napięcia (Czyli czymś co przychodzi do głowy niemal od razu po usłyszeniu, że mamy tu do czynienia z historią o zamknięciu na małej przestrzeni i  przywołaniu sobie w pamięci takich dzieł jak wspominany tu gdzieś przeze mnie "Telefon", które akurat ten szczegół miały dopracowany do perfekcji). Bo o ile sama postać tajemniczego i niepokojącego antagonisty jest naprawdę dobrze pomyślana (Choć muszę przyznać, że przywodzi na myśl wspomniany na tym blogu już kolejny raz norweski "Fritt Vilt") a zakończenie jest całkiem mroczne i jak na standardy panujące w tego typu produkcjach nieprzewidywalne (W gruncie rzeczy jest chyba jedynym powodem, dla którego warto się tą propzycją zainteresować.) to nie zaszkodziłoby także gdyby z ekranu nie wiało nudą przez większą część czasu oraz gdybyśmy mieli komu kibicować w starciu z przedstawicielem "ciemnej strony mocy" i za kim moglibyśmy trzymać kciuki. Czyli jednym słowem gdyby "ATM" posiadał porywające kreacje aktorskie taki jak choćby ta Colina Farrella we wspominanym tu już kilka razy dziele Joela Schumachera. Tu niestety tego wszystkiego nie otrzymaliśmy skutkiem czego film, nie robi absolutnie żadnego wrażenia i spokojnie mógłby być puszczany jako hit miesiąca w jakiejś podrzędnej telewizji.

Podsumowując. Omawiany tu dziś film to najlepszy dowód na to, że niektórzy twórcy filmowi najwyraźniej myślą, że robienie interesującego filmu kończy się na wpadnięciu na intrygujący pomysł i dalej nic już nie trzeba będzie będzie robić tylko liczyć kasę zostawianą w kinach przez zachwyconych widzów. No cóż to niestety tak nie działa. Nie da się zbudować domu zaczynając o dachu i nie da się zrealizować przeboju ekranu bez interesującej fabuły i ciekawych bohaterów licząc wyłącznie na to, że olśni się widza samym zakończeniem.

OCENA: 5/10

***

Tytuł: ATM

Reżyser: David Brooks

Scenariusz: Chris Sparling

Obsada: Josh Peck, Brian Gerahty, Alice Eve, Glen Thompson

Kraj: Kanada, USA

Gatunek: Thriller

Budżet:  3.000.000 $

Czas trwania: 90 minut

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci