Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Artysta" {The Artist} (2011) czyli Oscarowy Weekend okiem bagiennika

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

Art

Ta chwila musiała w końcu nadejść. Za często pisałem, że nie obejrzałem tego filmu więc uznałem, że nie ma co tego dłużej odwlekać, wszak i tak wiadomo, że prędzej czy później chcąc uchodzić za kinomana będę musiał zmierzyć się z dziełem, które w tym roku zachwyciło świat do tego stopnia, że spokojnie zgarnęło niemal wszystkie najbardziej prestiżowe z Oscarem na czele. Ciekawe więc co takiego jest w tym obrazie? (Bo nie uwierzę, że chodziło tu tylko o nostalgię za czasami kina niemego skoro nie był to, jak udowodniłem na blogu, pierwszy film zrobiony w tym stylu. Zresztą będzie możliwość porównania tej produkcji, a przynajmniej takie mam ambitne założenie, z konkurentami do najwyższych laurów takimi jak "Wstyd" czy "Szpieg") A po za tym jak pewnie doskonale wiecie poprzednie dzieła powstałe ze współpracy duetu Dujardin- Hazanavicius bardzo przypadły mi do gustu więc po prostu chciałem jeszcze raz skosztować tworzonej przez nich magii.

I muszę powiedzieć, że absolutnie nie wiem dlaczego niektóre branżowe autorytety  (Takie jak choćby Agnieszka Holland) nazwały ten film "pustą wydmuszką" i oskarżając przy okazji Akademię, że nagradzając dzieło francuskiego reżysera osiągnęła dno (Wiem, że to nie temat o wyborach tego szacownego gremium ale ono szczerze mówiąc skompromitowało się już tyle razy przyznając najwyższe laury produkcjom, o których po roku już nikt poza znawcami kina już nie pamięta, że dziwię się temu wielkiemu oburzeniu właśnie w tym momencie). Mamy tu bowiem do czynienia z pozycją, może nie wybitna i może jej triumf nie jest tak do końca zasłużony (O czym będzie jeszcze czas wspomnieć). Jednak nie da się ukryć, że wzmiankowane tu celuloidowe czary zdecydowanie widać. Jest bowiem czymś absolutnie niezaprzeczalnym fakt, że za sprawcą tegorocznego zamieszania stoją ludzie, którzy naprawdę czują kino, są wielkimi wyznawcami kultu X muzy a co najważniejsze potrafią doskonale swoją miłość przelać na ekran tworząc urocze i pełne wdzięku dzieło. (Choć, jeśli mam być szczery, stojące o klasę niżej od omawianej tu przeze mnie serii o agencie OSS 117. Ale to oczywiście kwestia indywidualnych preferencji) z godną pochwały pieczołowitością wystylizowane na okres kiedy sztuka filmowa dopiero wspinała się na szczyt swojej dzisiejszej chwały i popularności. Nie da się też zanegować, iż w osiągnięciu takiego efektu  pomaga rewelacyjna muzyka Ludovica Bource'a ( Moim zdaniem jak najbardziej słusznie nagrodzonego przez Amerykańską Akademię Filmową, choć wiele osób, w tym moich kolegów i koleżanek blogerów, mogłoby się z tym nie zgodzić) i co najważniejsze bardzo dobrze dobrana do nastroju całej produkcji. Jest ona bowiem nie tylko  pełna niewymuszonego wdzięku i wpadającej w ucho z lekkością głosu ukochanej osoby linii melodycznej, ale co najważniejsze  nie stara się przyćmić obrazu, a raczej wchodzi z nim w pełną symbiozę.

Co do gry aktorskiej to myślę, że nie ma konieczności abym po raz kolejny pisał peany o tym, że Jean Dujardin ma niesamowity ekranowy magnetyzm, vis comica i wdzięk sprawiający, że  prostu dobrze się go ogląda na ekranie oraz, iż Berenice Bejo jest nie tylko piękna ale również potwornie utalentowana a z Dujardinem tworzą naprawdę zgrany duet. To wszystko bowiem aspekty, które wiedzieliśmy już po poprzednich filmach (Które notabene każdemu polecam), i  nie dowiedzieliśmy się niczego nowego.Wspomnę więc tylko o tym, że mamy tu imponujący drugi plany złożony z takich aktorów jak choćby Malcolm McDowell czy John Goodman

Najważniejsze pytanie, które automatycznie nasuwa się każdemu czytającemu poniższy wpis brzmi zatem zupełnie inaczej: Czy w mojej ocenie jest to produkcja godna tego całego splendoru jaki na niego spłynął? Muszę powiedzieć, że jakoś tak nie do końca. Bo choć nie zaprzeczę, że ta pozycja mi się podobała, przyjemnie mi się ją oglądało i ujęła mnie swoim meta podejściem  oraz pewną nutką nostalgii za dawno minionymi czasami to jednak nie wiem czy nie jest to odrobinę za mało i czy za właśnie takie cechy powinno się nagradzać. Chyba jednak nie. Wiem, że cały świat mógł zachłysnąć się rzekomą nowością i innowacją ale na Boga!  Obrazy wyróżniane najwyższymi laurami powinny jednak posiadać jakieś głębsze przesłanie (Którego tu niestety nie ma) i skłaniać do chwili zadumy i refleksji nad przekazywanymi treściami. Dobrze by też było gdyby starały się być w miarę możliwości oryginalne a w tym wypadku, przy całym moim szacunku dla Hazanaviciusa, całość wygląda jak marna kopia "Bulwaru Zachodzącego Słońca". Czy naprawdę nie było jakichś lepszych i bardziej adekwatnych propozycji? Czy rok 2011 był aż tak słaby? W tym momencie tego nie wiem choć mimo wszystko jakoś nie chce mi się w to wierzyć.

Podsumowując. Mimo, że "Artysta" nie jest produkcją, która zapisze się złotymi zgłoskami w historii kinematografii i szczerze mówiąc spodziewałem się znacznie więcej po obrazie okrzykniętym najlepszym w skali całego roku w historii  to jednak serdecznie polecam aby dać się uwieść jej niebywałemu urokowi bo to mimo wszystko jest dzieło bardzo udane.

OCENA: 8/10

***

Tytuł: Artysta

Oryginalny: The Artist

Reżyseria: Michel Hazanavicius

Scenariusz: Michel Hazanavicus

Obsada: Jean Dujardin, Berenice Bejo, Malcolm McDowell, Penelope Ann Miller

Gatunek: Niemy, Romans, Dramat, Komedia

Kraj: Belgia, Francja

Budżet: 15.000.000 euro

Czas trwania: 100 minut

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci