Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Wstyd" {Shame} (2011) czyli Oskarowy weekend okiem bagiennika 2

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

Shame

Jeżeli ktoś szukał dowodów na to, że warto wchodzić na mojego bloga, to właśnie dostał go na tacy jak Salome głowę Jana Chrzciciela. Tylko u mnie weekend trwa bowiem cały tydzień. A teraz na poważnie. Pisząc o produkcjach, które w ubiegłym roku konkurowały z omówionym tu już "Artystą" nie można nie wspomnieć o obrazie, który według wielu opinii (Z którymi teraz muszę się zgodzić) był największym oscarowym pominiętym. Chodzi mi tu oczywiście o "Wstyd" w reżyserii Steve'a McQueen'a (ale nie tego). Opowieść o losie Brandona - seksoholika, który czuje się potwornie samotny i w kontaktach płciowych poszukuje choćby złudzenia bliskości. I to właśnie tej propozycji chcę dziś poświęcić parę słów.

Na początku muszę przyznać się do błędu i wspomnieć o tym, że stanowczo zbyt długo zwlekałem z  obejrzeniem  tego filmu. Powinniście jednak zrozumieć, że biorąc pod uwagę listę tytułów i gatunków jakie zazwyczaj oglądam miałem powody by przypuszczać, iż ta produkcja kompletnie do mnie nie trafi. Po seansie mogę zaś napisać tylko jedno - jestem zachwycony i oczarowany. Dawno nie widziałem pozycji, która wciągnęłaby mnie bez reszty, i od której nie móglbym oderwać wzroku nawet na minutę. Doprawdy nie mogę zrozumieć dlaczego w roku, w którym powstał tak genialny tytuł pod względem elementów takich jak głębia przekazywanych treści czy gra aktorska nokautujący konkurencję i zmiatający ją z powierzchni ziemi, najwyższe laury mogło zgarnąć dobre, ale nie wybitne dzieło Hazanaviciusa. Czy członkowie szanownej Akademii są ślepi? Bo chyba tylko niewidomy nie dostrzegłby gigantycznej przepaści jaka dzieli te dwie propozycje. I żeby to było jasne. Nie mowię tak tylko po to aby pozować na jakiegoś snoba, który gardzi filmami dla przeciętnego widza (Bo przecież wszyscy wiemy, że to oczywista nieprawda). Po prostu umiem dobrze wykonaną robotę i wiem, iż w kinie nie liczy się tylko to aby było przyjemnie i jak najbardziej bezrefleksyjnie. Według mnie film, który chce pretendować do jakichkolwiek nagród powinien przede wszystkim zmuszać do myślenia, prowokować, wciągać i zostawać w pamięci na długo po wyłączeniu odbiornika. "Wstyd" spełnia w moim odczuciu wszystkie te warunki dodając do tego genialną rolę Michaela Fassbendera, udanie partnerującą mu Carey Mulligan, stylistyczne wysmakowanie (mimo poruszanej tematyki film stara się unikać epatowania erotyką zachaczającą o twardą pornografię), kapitalną stronę wizualną, którą można się tylko zachwycać oraz sceny takie jak ta, w której Mulligan śpiewa "New York, New York" 

Podsumowując. Myślę, że nie ma potrzeby dłużej się rozpisywać bo wszystko jest proste. "Wstyd" to kawałek rewelacyjnego kina, które powinien obejrzeć każdy kto ceni sobie historie nie obrażające inteligencji widza. 

OCENA: 10/10

***

Tytuł: Wstyd

Oryginalny: Shame

Reżyser: Steve McQueen

Scenariusz: Steve Mc Queen, Abi Morgan

Obsada: Michael Fassbender, Carey Mulligan, James Badge Dale, Lucy Walters

Gatunek: Dramat

Kraj: Wielka Brytania

Budżet: 4.200.000 Funtów

Czas trwania: 101 minut 

 

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci