Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

Broken Flowers (2005)

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

BF

   Zanim przejdziemy do właściwego topicu dzisiejszego dnia czyli podzielenia się z wami swoimi wrażeniami po tegorocznej edycji festiwalu "Żubroffka", który miałem przyjemność obserwować najpierw kilka słów na zupełnie inny temat.

   Nie będę bowiem ukrywał, że Jim Jarmusch należy do ścisłego grona moich ulubionych reżysera a jego dzieła zapewniają mi zawsze wrażenie obcowania z filmowym absolutem. Spowodowane jest to pewnie jego specyficznym sposobem prowadzenia nieśpiesznej narracji, umiejętnością pisania naturalnie brzmiących dialogów i kreowania na kartach swoich scenariuszy ciekawych bohaterów. Czyli ogólnie mówiąc cenię go za cechy, które w mojej ocenie charakteryzują największych wirtuozów kamery takich jak Kevin Smith, Paul Auster czy Quentin Tarantino. Cechy, które sprawiają, że te produkcje uwodzą widza już od pierwszego z nimi kontaktu (Na marginesie mogę dodać, że moją "inicjacją" z tytułami sygnowanymi nazwiskiem tego fantastycznego twórcy był seans rewelacyjnego "Kawa i Papierosy")

  Zresztą o swoim stosunku do twórczości tego pana pisałem już jakiś czas temu przy okazji stosownego rankingu, więc pewnie zastanawiacie się dlaczego teraz do tego wracam. Myślę, że wszystko będzie jasne jak wybuch bomby wodorowej w środku nocy kiedy powiem, że po długim okresie prób i przymiarek udało mi się wreszcie obejrzeć jedno z najgłośniejszych dzieł niekwestionowanego mistrza amerykańskiego kina niezależnego czyli "Broken Flowers". I wiecie co? Żałuję, że tak długo się do tego zabierałem.

  Czuję się bowiem absolutnie oczarowany. Jim Jarmusch pokazał bowiem, że w przeciwieństwie do wielu twórców nie wypalił się, nie stracił wyczucia, i że nadal mimo plejady znakomitych aktorów w obsadzie potrafi konsekwentnie robić swoje kino bez oglądania się na panujące mody i trendy. Dowiódł, że upływający czas niekoniecznie musi być wrogiem artysty a wręcz, przy odpowiednim podejściu, może wzbogacić jego twórczość o głębię, cudowną atmosferę i nowe konteksty znaczeniowe. I takie właśnie jest "Broken Flowers". To niezwykle ciepły, wysmakowany i na swój sposób uroczy film o poszukiwaniu uczuć oraz, co w mojej ocenie jest podwójnie ważne, o drobnych ludzkich przywarach i dziwactwach. Obraz, który unika dosłowności czy jednoznaczności i stosując zabieg z otwartym zakończeniem pozostawia widzowi pole do dowolnej interpretacji przedstawionych w nim wydarzeń. To satysfakcjonujące i angażujące przeżycie, którego nie zrozumie ten kto nigdy nie był zakochany. Kino, które daje nam możliwość rozkoszowania się cudowną ścieżką dzwiękową. To w końcu popis kapitalnej gry aktorskiej ze strony Billa Murraya, który ostatecznie i bezapelacyjnie dowiódł, że jest naprawdę dobrym aktorem o niezwykle szerokim wachlarzu umiejętności.

  Podsumowując. Chociaż mi osobiście nadal zdecydowanie bardziej podobają się poprzednie dzieła pana J. to jednak nie mogę zaprzeczyć, że "Broken Flowers" to kawał naprawdę dobrego wysublimowanego kina dla wyrobionego widza stanowiący piękny dowód na to, że we współczesnej kulturze można jeszcze opowiadać oryginalne historie

OCENA: 8/10

 

***

Tytuł: Broken Flowers

Reżyser: Jim Jarmusch

Scenariusz: Jim Jarmusch

Obsada: Bill Murray, Sharon Stone, Marc Webber, Tilda Swinton, Chloe Sewigny, Jeffrey Wright

Kraj: Francja, USA

Gatunek: Dramat, Komedia

Czas trwania: 106 minut

 

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci