Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Mutant Girl sSquad" {Sento shojo: Chi no tekkamen densetsu} (2010) czyli X-men po japońsku

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

MGS

Tak moi drodzy! Po wczorajszym seansie "Martwych Córek" ( Tych, którzy nie czytali mojego wpisu, a zauważyli tylko tytuł zapewniam, że wbrew pozorom nie jest to produkcja o naszej rodzimej nekro-celebrytce z Sosnowca. Choć nie ukrywam, że coś w tym klimacie bym o tej sprawie chętnie zobaczył), które nie będę ukrywał, że mnie zawiodły nabrałem niesamowitej ochoty na to aby dziś wrócić do kina, jakie wiem, że mnie nie zawiedzie i jak zwykle przyniesie mi najwięcej czystej frajdy z oglądania czyli do maksymalnie udziwnionych, cudownie przesadzonych i zdecydowanie niekonwencjonalnych  J-splatterów (jak się ten nurt, którego przedstawicielami są takie produkcje jak omówiona tu dziś, fachowo określa.). Przyjrzyjmy więc się bliżej produkcji, w której swe łapki mieszali znani nam już Yoshihiro Nishimura  i Noboru Iguchi na fotelu reżysera(którzy mają tu również swoje aktorskie camea czy jak się tam te słowo odmienia) czy znana nam chociażby z "Machine Girl" Asami w roli Zabójczyni z przepaską na oku (Dosłownie! A i to musiałem sprawdzić na Filmwebie bo w filmie jakiekolwiek imię jej postaci nigdy nie pada) i spróbujmy określić czy wyobraźnia mieszkańców kraju kwitnącej wiśni ma jakiekolwiek granice.

Wiem, że w przypadku produkcji takich jak ta,  fabuła nie jest najważniejsza, schodzi na dalszy plan i jest tylko pretekstem do zaserwowania nam jak największej dawki scen akcji z dodatkiem tak wysokiego stężenia absurdu jaki jest w stanie wytrzymać ekran monitora. Nie ma tu więc sensu spodziewać się jakiejś psychologicznej głębi, ani tak lubianego przez wszelkich jurorów wiernego odzwierciedlenia życia ( Co tak swoją drogą uważam za kompletny idiotyzm, niezrozumienie idei kinematografii i najprostszą drogę, zwłaszcza w polskich warunkach, do zjawiska onanizowania się przez twórców patologią, martrologią, łopatologią i katowania widza obrazami sztywnymi jak ciężarówka białoruskiej viagry lub mętnymi jak morska otchłań ale za to podobno niesmowicie głębokimi treściowo. I to nie jest tak, że jestem wrogiem kina artystycznego, bo przecież takie filmy jak rewelacyjny "Wstyd" czy wyśmienity "Czarny Łabędź" mogą świadczyć o tym, że potrafię je właściwie docenić. Po prostu cenie sobie umiar i zdecydowanie bliżej niż do tezy o wyższości "kina moralnego niepokoju" jest mi do opinii wygłoszonej kiedyś przez wielkiego Alfreda Hitchcocka, który mimo, że był wspaniałym reżyserem i taką "Psychozą" niezaprzeczalnie zrewolucjonalizował kino nigdy nie doczekał się Oskara za najlepszy film roku czy chociażby za reżyserię. Powiedział on mianowicie, że kiedy chce zobaczyć życie nie musi iść do kina, wystarczy, że wyjdzie na ulicę i się rozejrzy. Do kina zaś idzie wtedy kiedy chce zobaczyć coś czego w rzeczywistości nie zobaczy. Myślę, że jest w tym dużo prawdy) Mimo to jednak przyzwoitość recenzencka mówi mi, że trzeba zarysować wam choć w niewielkim stopniu o co tu w ogóle chodzi. Będzie to trudne, ale spróbuję coś z tego wycisnąć tak, żeby miało ręce i nogi a jednoczesnie nie zdradzało zbyt wiele.  Mamy tu zatem uczennicę liceum (obowiązkowy mundurek czyli japoński fetysz) o imieniu Rin (graną przez przyjemną dla oka i ciemnowłosą, to z kolei mój fetysz, Yumi Sugomito choć jeśli miałbym być szczery to pod względem aktorskim i estetycznym zdecydowanie ustępuje ona, grającej tu zdecydowanie mniejszą rolę, Suzuce Morita ), która pewnego pięknego dnia odkrywa, że jej ramię zaczyna mutować w morderczą broń (Widać, że ten za ten koncept odpowiedzialny był Noburo Iguchi, który musi lubić takie rzeczy skoro jego najgłośniejszym filmem było "Machine Girl"). Dołącza więc do klubu podobnych do siebie "dziwolągów", przechodzi mordercze szkolenie  i razem postanawiają zemścić się na tych, którzy kiedykolwiek stanęli im na drodze fundując im krwawą łaźnię ( W sensie jak najbardziej dosłownym, bowiem ilość czerwonej farby jaka wylewa się tu z ekranu spokojnie wystarczyła by do pomalowania na jednolity kolor całego Tokio i pewnie jeszcze sporo by zostało)

No dobrze! Skoro to już sobie ustaliliśmy pora przejść do dalszej części programu. Czyli kolejnej dygresji.  (Choć dla stałych bywalców tego bloga {Jeżeli tacy w ogóle istnieją}, którzy zapoznali się z moimi poprzednimi wpisami na ten temat, to co chcę powiedzieć może się wydawać oczywistą oczywistością). Kierowany potrzebami nowych czytelników, którzy nie do końca wiedzą jeszcze z czym to się w ogóle je, i którym rys fabularny niewiele wyjaśnił, myślę, że na początek przyda się małe wyjaśnienie używanego przeze mnie pojęcia.  Cały wspominany już gatunek filmowy, który ja na własny użytek nazywam japońskim kinem exploitation albo japońską Tromą to naprawdę specyficzna rozrywka przeznaczona dla naprawdę specyficznego odbiorcy (czyli dla mnie- fana wszelkiego rodzaju kuriozalnego i absurdalnego kina oraz żarliwego wyznawcy "Monthypythonizmu". Choć przyznam się szczerze, że nawet ja łapałem się czasem na myślach: "Co ja właściwie oglądam?"), któremu nie przeszkadza w filmach brak jakiegokolwiek związku przyczynowo- skutkowego, nie zraża go  brak logiki w zachowaniach bohaterów czy nadmiernie ekspresyjna gra aktorska (Dotyczy to zwłaszcza aktorek, które się wydzierają jakby zauważyły niespiesznym krokiem przechodzącą po ich zgrabnych nogach mysz). Odbiorcy, któremu nie przeszkadza, że fabuła skręca momentami (naprawdę długimi) w stronę czystego surrealizmu, że muzyka pasuje tutaj jak nie przymierzając, kot do miksera. Kinomana, którego nie odstraszają przegięte na maxa i ewidentnie kiczowate efekty gore (Do tego stopnia, że zamiast straszyć, śmieszą. I choć w wielu innych produkcjach, zwłaszcza tych robionych na serio takie rzeczy byłyby dyskwalifikujące tu natomiast absolutnie mieszczą się w konwencji) jeśli tylko przyjemnie się to ogląda oraz całość doprawiona jest sporą porcją czarnego humoru ("Moja żona jest bagietką"). A takie dokładnie jest "Mutant Girls Squad".

Podsumowując. Mimo, że sam uważam, że "Vampire Girl vs. Frankenstein Girl" to nadal najlepszy przedstawiciel tego kierunku w kinematografii to jednak w odpowiedzi na postawione we wstępie pytanie po tak satysfakcjonującej i pieszczącej zmysły projekcji muszę odpowiedzieć, że japońska  wyobraźnia wydaje się być niewyczerpana i nieskończona. To bardzo dobrze, bo mogę być pewnym, że w przyszłości będę miał co oglądać. 

OCENA:

8/10

***

Tytuł: Mutant Girls Squad

Tytuł Oryginalny: Sento Shojo: Chi no tekkamen densetsu

Reżyseria: Noboru Iguchi, Yoshihiro Nishimura, Tak Sakagutchi

Scenariusz: Jun Tsugita

Obsada: Asami, Yumi Sugimota, Suzuka Morita, Noboru Iguchi, Tak Sakagutchi

Gatunek: Horror, Akcja

Kraj: Japonia

Czas trwania: 90 minut

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci