Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

Skyfall (2012) czyli Bonda powrót z zaświatów!

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

SkyFall

To jeszcze nie jest ta niespodzianka, którą zapowiadałem szumnie kilka dni temu (Myślę, że uda mi się wyrobić przed niedzielą tak żebyście mieli coś na co warto czekać) ale i tak warto poświęcić tej produkcji parę słów, zwłaszcza, że mamy tu do czynienia z projektem, którego po prostu nie mogłem ominąć szerokim łukiem i udawać, że nie istnieje. 

Ale zanim przejdę do wymienienia swoich entuzjastycznych wrażeń najpierw trochę autopromocji i krótkie wprowadzenie w temat.  Nie będę bowiem ukrywał, ( zresztą dawałem temu wyraz już tyle razy, że ta deklaracja dla nikogo nie powinna być żadnym zaskoczeniem, a raczej wręcz "oczywistą oczywistością" (Że tak pozwolę sobie pojechać klasykiem)) że jestem fanem serii o przygodach agenta 007, i że tak jak większość prawdziwych pasjonatów nie byłem nigdy wielkim orędownikiem Daniela Craiga w roli Jamesa Bonda czy w ogóle całego związanego z tym konceptu na, jak to ładnie kiedyś określiłem, "Bonda bez Bonda". Bo choć nie mogę zaprzeczyć, że produkcje te, a zwłaszcza pierwsza z nich (chyba taki dość nietypowy ze mnie fan, skoro niezwykle sobie cenię "Casino Royale". Ale powiedzmy sobie szczerze. Głównym powodem takiego stanu rzeczy była kapitalna rola zjawiskowej i co najważniejsze ciemnowłosej Evy Green a nie popisy pana Craiga.) potrafiły zapewnić momenty porządnej rozrywki to jednak po prostu niczym nie wyróżniały się od innych, masowo produkowanych produkcji szpiegowskich.  Dlatego po niezbyt udanym "Quantum of Solace" ( Co dziwne filmie od Marca Forstera, reżysera świetnego "Stay") stwierdziłem, że z tej mąki już chleba nie będzie i postanowiłem dać sobie spokój z ekscytacją tą serią dopóty nie zostanie zmieniony główny protagonista. I wtedy przyszły trailery. Wyglądały one tak szalenie intrygująco i potwornie zachęcająco, że obraz niemal z miejsca trafił na moją listę najbardziej oczekiwanych produkcji roku. Po tym co mogliśmy zaobserwować w tych krótkich zajawkach  można było mieć, graniczącą z pewnością nadzieję na powrót choćby namiastki starego dobrego agenta Jej Królewskiej Mości. Dziś nadszedł dzień aby zweryfikować tezę jakoby warto było czekać i nerwowo zagryzać paznokcie aż do łokci. Wybaczcie, iż dopiero teraz ale, tak jak już kiedyś pisałem, mój wewnętrzny hipster kazał mi iść pod prąd i poczekać aż wielka fala euforii się rozmyje. Zatem pozwólmy wreszcie aby niebo spadło nam na głowy!

Dla tych, którzy, tak jak ja, zdązyli pogrzebać tą serię mam już na samym początku jedną podstawową wiadomość. Na przekór nam Bond wraca z zaświatów, do których posłało go "QoS".  Mało tego. Jest to powrót w naprawdę wielkim stylu. O tej odsłonie przygód agenta 007 mógłbym bowiem pisać wyłącznie w samych superlatywach (choć jako purysta mógłbym się przyczepić do braku tak charakterystycznej cechy jak "gun barrel" na początku. Może to drobiazg ale w sumie cały świat składa się z drobiazgów, które świadczą o wyjątkowości poszczególnych zjawisk), a i tak będzie to za mało, żeby oddać to czego byłem świadkiem. Tu już nie ma miejsca na szukanie poza merytorycznych powodów na to, żeby docenić ten film bo po prostu nie ma na to czasu, kiedy już od pierwszej sekundy jesteśmy atakowani akcją i masą scen nie tylko buzujących adrenaliną (Czyli czymś co zawsze było wizytówką bondziaków)  ale przede wszystkim dysponujących potencjałem predysponujących je do stania się kultowymi ( Jak choćby wyścig motorami po dachach). Mamy też oczywiście zdecydowanie pogłębioną sferę psychologiczną i moralną, czyli to, co usiłował (dodajmy, że w dość nieudolny sposób) zrobić już Forster, ale jego wizja sposobu w jaki należy to ukazać okazała się nieprzystawalna do ogólnej koncepcji. Tu natomiast wszystko gra jak w szwajcarskim zegarku. Intryga jakiej byłem świadkiem jest wciągająca, zdjęcia Rogera Deakinsa zapierają dech w piersiach (Zdziwię się bardzo jeśli nie dostanie on choćby nominacji do tegorocznych Oscarów), muzyka Thomasa Newmana ( etatowego kompozytora Sama Mendesa tak by the way) idealnie buduje klimat i znakomicie dopasowuje się do obrazów, dialogi brzmią naturalnie a oszałamiające tempo wydarzeń na ekranie zapiera dech w piersiach. Ba! Znalazło się nawet miejsce na upamiętnienie przypadającej w tym roku rocznicy i wplecenie smaczków dla fanów (Nie będę mówił jakich bo cała przyjemność polega właśnie na ich odkrywaniu samemu). Tak powinno się robić kino akcji! Muszę też powiedzieć, że po tym niezwykle satysfakcjonującym seansie przekonałem się nawet do piosenki Adele, na którą tak narzekałem a teraz nie wyobrażam sobie innego kawałka bo ten był po prostu idealny.

Warto też wspomnieć o jednej, bardzo ważnej rzeczy. Nawet najlepszy pomysł, najbardziej koronkowa intryga nie mogłaby się udać gdyby do obsady zatrudniono jakichś drewnianych chłopków roztropków bez krztyny aktorskiego talentu. Na szczęście zadbano również i o ten elemant. Bo choć pod względem postaci kobiecych ta wydawałoby się perfekcyjna maszyneria  trochę szwankuje, bo żadna z pań poza Judi Dench czy w pewnym stopniu Naomie Harris nie oszałamia jakimś wybitnym poziomem to rekompensuje to zdecydowanie męska część obsady, gdzie mamy prawdziwą śmietankę, elitę swego fachu na czele z takimi nazwiskami jak Ralph Fiennes (Którego, tak na marginesie, zawsze uważałem za idealnego odtwórcę roli tytułowego bohatera więc jest to w pewnym stopniu spełnienie moich marzeń), Javier Bardem (Kolejna świetna rola złego charakteru) czy Ben Whishaw, którego pamiętać można z fantastycznego "Pachnidła". Ale mimo tylu grzybów w jednym barszczu trzeba powiedzieć wprost. To jest film jednego aktora! Daniel Craig ostatecznie przekonał mnie do tego, swoją wybitną kreacją że jest nie tylko potrafi rewelacyjnie grać ale przede wszystkim jest najlepszym Bondem od czasów Seana Connery (A uwierzcie mi, że w moich ustach to spory komplement)    

 Podsumowując. Myślę, że po tym wszystkim co napisałem do tej pory nie powinno być wątpliwości, że "SkyFall" w wielkim stylu i zupełnie zasłużenie włącza się do czołówki wyścigu o miano najlepszego filmu mijającego roku i to ze sporymi szansami na wygraną. To jest po prostu obraz, który trzeba zobaczyć! 

OCENA: 9/10

***

Tytuł: "Skyfall"  

Reżyser: Sam Mendes

Scenariusz: Neal Purvis, Robert Wade, John Logan

Obsada: Daniel Craig, Judi Dench, Javier Bardem, Ralph Fiennes, Naomie Harris

Kraj: USA, Wielka Brytania

Gatunek: Sensacyjny

Budżet: 200.000.000 $ (I każdego dolara widać na ekranie)

Czas trwania: 143 minuty

 

 

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci