Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Szpieg" {2011} czyli Oskarowy weekend okiem bagiennika część 3.

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

szpieg

Oto jest. Największa atrakcja bieżącego weekendu. Przyznajcie, że tego się akurat nie spodziewaliście i kiedy wspominałem o szykowanej wam niespodziance byliście przekonani, iż chodzi tu o powrót do kraju kwitnącej wiśni. Myśleliście, że już zapomniałem o tym cyklu i skazałem go na wieczne potępienie prawda? A tu zonk!

Może wam się wydawać, że to wszystko było ukartowane, i że celowo dobrałem takie a nie inne produkcje aby urządzić sobie szpiegowski weekend i upiec dwie pieczenie na jednym ogniu ale zapewniam was, iż nie było to ani trochę zamierzone. Choć mi pewnie i tak nie uwierzycie (Ba! Sam bym sobie nie uwierzył!) to po prostu z jakiegoś dziwnego i niedającego się racjonalnie wyjaśnić powodu poczułem imperatyw kategoryczny aby przyjrzeć się dwóm diametralnie różnym spojrzeniom na to samo zagadnienie. Bo choć oba te tytuły pozornie więcej dzieli niż łączy (np. nastawianie na widowiskość kosztem uproszczenia kilku spraw zderza się z większym realizmem) to jednak nie da się ukryć, że pewne punkty styczności istnieją oraz wcale nie ma ich tak mało. Zarówno "Skyfall" jak i "Szpieg" obrały sobie bowiem za cel przedstawienie nam, opartych na motywach powieści znanych angielskich pisarzy ( Iana Fleminga i Johna Le Carre'a) tajników pracy angielskich tajnych służb i obie te dzieła wywiązały się ze swojego zadania  rewelacyjnie, dając widzowi niesamowitą frajdę z oglądania. Jednak to jest przecież taki cykl, w którym trzeba sobie zadać jedno pytanie: Czy jest to film, który mógłby zgarnąć najwyższe laury za cały ubiegły roku? 

I odpowiedź na tak postawione pytanie jest niestety trudniejsza niż wygranie szóstki choć w ostatecznym rozrachunku przychyliłbym się chyba do tych głosów, które mówią, że najlepszym filmem 2011 był "Wstyd". Co absolutnie nie znaczy, że uważam produkcję Tomasa Alfredsona (Twórcy jednego z najlepszych i najbardziej oryginalnych nowożytnych filmów o wampirach czyli "Pozwól mi wejść") za bezwartościowy gniot.  Nie mogę bowiem zaprzeczyć, że "Szpieg" jest filmem niesamowitym, i że wybór był niewyobrażalnie trudny. Mamy tu bowiem do czynienia z dziełem, które intryguje i uwodzi  niczym najpiękniejsza kobieta. Obrazem, w którym należy podziwiać skrupulatność z jaką oddano realia epoki w jakiej ulokowano wydarzenia ( epoki "żelaznej kurtyny" i wojny wywiadów. Epoki, w której znalezienia "Kreta" w swoich szeregach, zwłaszcza jeśli się było członkiem wywiadu, znaczyło żyć.  Może to efekt zaczytywania się przez całe dzieciństwo książkami Bogusława Wołoszańskiego ale taki klimat zawsze do mnie niesamowicie trafia) włącznie ze stylizacją poszczególnych ujęć tak aby wyglądały na dziecko lat siedemdziesiątych oraz brakiem prostych i łatwych odpowiedzi, żywych kolorów czy happy endów. Produkcją,  która raczy nas nieśpiesznie czy wręcz klasycznie poprowadzonym tempem akcji ( Dzięki czemu całość nabiera takiego teatralnego wydźwięku przypominając pod tym względem choćby rewelacyjnego w mojej opinii "Zodiaca"), wszechobecną powagą oraz naprawdę kapitalną grą aktorska ( Zresztą przy takiej obsadzie, do której zaangażowano kwiat brytyjskiego aktorstwa na czele z rewelacyjnym  Gary Oldmanem, który wciąż udowadnia, że jest jednym z najlepszych aktorów na naszej planecie oraz świetnie zapowiadającym się Tomem Hardy można się było spodziewać, że ten aspekt będzie dopracowany do perfekcji.)

Dlaczego więc uważam, że "Wstyd" jest filmem lepszym? Szczerze? Nie mam zielonego pojęcia. Spróbujmy jednak to wyjaśnić. Przy porównywaniu dwóch arcydzieł liczą się bowiem głównie niuanse takie jak ogólne wrażenie czy fakt, że jakaś produkcja nawet przez ułamki sekund nie daje nam możliwości abyśmy odczuli znużenie. Obie te cechy były w mojej ocenie po stronie filmu Steve'a McQueena zatem to jemu (mimo, że zdecydowanie najmniej przystającej do moich filmowych zainteresowań) należy się palma pierwszeństwa w tej niezwykle wyrównanej rywalizacji.

Podsumowując. "Szpieg" to kawał naprawdę kapitalnego, inteligentnego i ciężkiego kina, skupionego bardziej na emocjach niż na akcji a mimo to angażującego lepiej niż niejedno dzieło czysto rozrywkowe. To najlepszy dowód  na to, że kinematografia światowa nie straciła jeszcze całkiem dobrego smaku i nadal potrafi mieć przebłyski. To po prostu lektura obowiązkowa dla każdego kto nie jest filmowym dyletantem.

OCENA

9/10

***

Tytuł: Szpieg

Tytuł Oryginalny: Tinker, Tailor, Soldier, Spy

Reżyser: Tomas Alfredson

Scenariusz: Bridget O'Connor, Peter Straughan

Obsada: Gary Oldman, Tom Hardy, John Hurt, Colin Firth, Toby Jones

Kraj: Francja, Niemcy, Wielka Brytania

Gatunek: Thriller, Szpiegowski

Czas trwania: 127 minut

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci