Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"The House of the Devil"(2009) czyli debiut reżyserski Ti Westa i powtórka z rozrywki

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

HOTD

Jak zapewne pamiętacie, kilka miesięcy temu popełniłem entuzjastyczną notkę na temat mało znanego kawałka świetnego, zrobionego z dużym wyczuciem i niezwykle klimatycznego kina grozy. Chodzi mi tu oczywiście o rewelacyjne "Innkeepers" z kapitalną kreacją Sary Paxton i niezwykle sympatycznymi bohaterami (Czyli rzeczy, której tak bardzo mi brakuje w większości współczesnych horrorów.).  I z tego co sobie przypominam obiecałem wam śledzić karierę filmową reżysera Ti Westa reżysera odpowiedzialnego za powstanie tamtej produkcji. Pora więc wywiązać się z obietnicy, sięgnąć po debiut tego twórcy i zobaczyć czy "Karczmarze" nie byli tylko łabędzim śpiewem i nagłym i jednokrotnym przebłyskiem geniuszu w jego karierze. Dlatego dziś poświęcimy trochę czasu filmowi, o którym założę się, że nie słyszeliście, a na który zdecydowanie warto rzucić okiem. Bo zapewniam was, że "House of the Devil" jest mimo wszystko warty każdej spędzonej przy jego oglądaniu sekundy.

"Dom Diabła", że tak sobie pozwolę spolszczyć tytuł, to bowiem prawdziwa powtórka z rozrywki. Prawdziwy wehikuł czasu, który zabiera nas w podróż do świata kiedy panowały inne reguły i kiedy horror przeżywał swój niezaprzeczalny złoty okres (Ale o tym będzie jeszcze  mowa).  Film emanujący taką samą energią jak poprzedni obraz pana Westa, który miałem przyjemność obejrzeć tyle tylko, że odrobinę zmieniający tematykę (W "Karczmarzach mieliśmy duchy tu mamy nawiedzonych satanistów). Stanowi on zatem najlepszy dowód na to, że nie mamy tu do czynienia z "gwiazdą jednego przeboju". To produkcja, która znamionuje naprawdę wysokie umiejętności swojego twórcy w dziedzinie kreowania nastroju, budowania wiarygodnych bohaterów i ukrywania  braków własnego warsztatu nawet jeżeli, tak jak w tym przypadku, są one dość poważne.

Wydawać by się mogło bowiem, że mamy tu do czynienia z niezbyt odkrywcza fabułą, która sprawia wrażenie, jakby się kiedyś to już gdzieś widziało, że jest odrobinę zbyt linearna i prosta ( Ale to chyba kwestia tego, że przez ostatnich kilka stron czytałem niezwykle pogmatwaną, a jednocześnie szalenie zabawną "Wojnę Polsko-Ruską pod flagą biało-czerwoną" {co mi przypomniało, że muszę kiedyś obejrzeć po raz kolejny jej ekranizację} i po prostu do szpiku kości przesiąknąłem jej niebywałym klimatem) i z jakiej nawet Christopher Nolan do spółki z Johnem Carpenterem z jego najlepszych czasów nie wyciągnęliby  nic nowego: Bohaterką jest tu bowiem Samantha ( grana przez całkiem ładną, choć ustępującą Sarze Paxton pod względem umiejętności aktorskich Jocelyn Donahue) studentka, która pewnego dnia znajduje pozornie najzwyklejszą pod słońcem ofertę pracy w charakterze opiekunki do dziecka, a że na gwałt (Oczywiście nie w sensie literalnym) potrzebuje kasy, więc odpowiada na to ogłoszenie. Wkrótce przekonuje się, że jej pracodawca nie był z nią do końca szczery oraz, że to nie jest tak do końca normalna praca, gdyż kryją się za nią prawdziwe moce z piekła rodem, z którymi wkrótce będzie musiała się zmierzyć.

Ponadto nie mogę nie wspomnieć o tym, że przez dłuższe fragmenty, obserwując wędrówki naszej ciemnowłosej bohaterki po domu i czekałem aż coś się w ogóle zacznie dziać miałem wrażenie, że oglądam jakiegoś ubogiego krewnego (Chodź nie wiem czy to w ogóle jest możliwe) słabego "Kiedy dzwoni nieznajomy" {When , w którym jedynym elementem przyciągającym uwagę do ekranu (przynajmniej w moim przypadku) była uroda Camille Belle, aktorki odgrywającej główną rolę

  Są to jednak przypuszczenia cienkie jak barszcz z "Biedronki" czy kondycja polskiego kina grozy. To nie w opowiadanej historii tkwi bowiem największa siła tego seansu, ale w zmuszeniu nas do tego aby po prostu chłonąć niezwykle oldschoolową atmosferę, jakiej dziś się w filmach grozy niemal nie spotyka, a którą można porównać do lektury dzieł Stefana Grabińskiego oraz w umiejętności zaintrygowania odbiorcy do tego stopnia, że ten będzie zafascynowany przebiegiem akcji do tego stopnia, że nie wyłączy telewizora nawet mimo kilku nudniejszych i mniej wciągających momentów (takich jak chociażby wątek przyjaciółki naszej heroiny czy wspomniane tu już bezsensowne łażenie po pustym jak portfel studenta domu). Zresztą dokładnie to samo można powiedzieć o wzmiankowanym tu już "Innkeepers", z czego śmiało można skonstruować wniosek, że otp zetknęliśmy się z dziełem człowieka rozkochanego w takiej stylistyce. Człowieka, który umie tak ustawić poszczególne elementy swojej układanki (plansza tytułowa, występy legend ekranu: słynnej chociażby ze "Skowytu" Dee Walace czy pamiętny z roli "Dolarhyde'a w "Łowcy" Tom Noonan {Który tak na marginesie prezentuje się tu naprawdę dobrze} , muzyka czy chociażby dbałość o tak drobne szczególiki jak np. walkmen) aby przywodziły taki klimat retro, że każdą komórką czuje się lata osiemdziesiąte.

Podsumowując. Powiem tak. Wiem, iż pewnie zawyżyłem ocenę dla tej produkcji tylko z sympatii do wymienianego tu już filmu z Sarą Paxton ale nic na to nie poradzę. Po prostu lubię takie nastrojowe, klasyczne kino! Mało tego! Mam wrażenie, że Ti West urodził się zdecydowanie za późno i wylądował w niewłaściwej estetyce horrorów, czasach kiedy w strasznych historiach liczy się tylko "citius, altius, fortius". Krew i seks. On natomiast stara się robić niezwykle wysmakowane kino, które w latach o dwie dekady wcześniejszych znalazłoby szerokie grono wyznawców a on sam mógłby być dziś wymieniany w panteonie horrorowych sław. A tak mu to zdecydowanie nie grozi.

OCENA: 7/10

***

Tytuł: The House of the Devil

Reżyser: Ti West

Scenariusz: Ti West

Obsada: Jocelyne Donahue, Tom Noonan, Dee Walace, AJ Bowen

Kraj: USA

Gatunek: Horror

Czas trwania: 95 min

 

 

 

 

 

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci