Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Cichy dom" {The Silent House} (2011) wersja amerykańska

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

SH

Już dawno przestał chyba kogokolwiek dziwić fakt, że Amerykanie to taka nacja, która w dziedzinie filmu (A zwłaszcza horroru. Wystarczy choćby wspomnieć "Quarantine" czyli zmasakrowany hiszpański "Rec" albo aktualne przymiarki Spike'a Lee do remaku filmu "Oldboy", co w tym wypadku nie byłoby jakimś fatalnym pomysłem bo oryginał nie do końca wykorzystał tkwiący w nim olbrzymi potencjał serwując nam w końcu wydumany do granic możliwości fabularny twist. Mimo wszystko jednak uważam, że jeśli w USA tak nie lubią napisów to powinni po prostu dubbingować oryginalne produkcje. Wszystkim wyszło by to na zdrowie.) uwielbia żerować na pomysłach sprawdzonych w innych miejscach świata. Było więc kwestią czasu kiedy tamtejsi twórcy zainteresują  się ciekawym konceptualnie ( Rzadko bowiem spotyka się cały film nakręcony podobno w jednym ujęciu. Mówię podobno, bo z tego co słyszałem to chyba nie do końca prawda a sam nie miałem jeszcze okazji tego sprawdzić na własne oczy) urugwajskim horrorem "Casa Muda". Filmem, do którego obejrzenia długo się przymierzałem i przyznam się szczerze, że kiedy wreszcie podjąłem decyzję o urządzeniu sobie prywatnego seansu miałem poważny dylemat, której z tych produkcji poświęcić czas w pierwszej kolejności. Niby na pierwszy ogień powinien pójść oryginał, tak jak to robiłem z kilkoma innymi tego typu przypadkami (Z wyjątkiem może "Dziewczyny z tatuażem" {Choć, dla pełnej klarowności, muszę dodać, że to nie jest remake sensu stricto a raczej inne spojrzenie na tą samą historię. Coś jak różne wersje "Frankensteina" czy "Romeo i Julii"} i "Pozwól mi wejść", czyli przypadków kiedy osiągnięty przez Hollywood poziom w pełni mnie zadowalał i nie wiedziałbym jak można to zrobić lepiej) aby potem móc porównać robotę wykonaną przez obydwie ekipy i ocenić kto wywiązał się najlepiej, a kto zawiódł na całej linii. Uznałem jednak, że skoro w amerykańskiej wersji występuje Elizabeth Olsen {Tak jak, swoją drogą, w remaku "Oldboya". Czyżby więc stawała się etatową aktorką anglojęzycznych wersji świetnych filmów ze świata?} czyli od czasu "Red Lights" moja prywatna kandydatka do tytułu "aktorskiego odkrycia roku" to właśnie film z jej udziałem jest pierwszy w kolejce.

I muszę powiedzieć, że chyba nie była to najlepsza decyzja, bo po tej projekcji nie mam ochoty na obcowanie z oryginałem. Po prostu nie wiem o co tyle hałasu. Film, który byłby typowym kinem klasy B, zawierające typowe dla takiego kina schematy i klisze ( Takie jak zły charakter pojawiający się nagle w różnych dziwnych miejscach) nagle próbuje się wykreować na największe wydarzenie sezonu z powodu nowatorskiej formy, która ma zadanie imitować fakt, że mamy tu do czynienia z dłuższą wersją Hitchcockowskiego TMT. Bo choć absolutnie nie da się bowiem odmówić, iż omawiane tu dzieło jest naprawdę dobrze zrobione, posiada swoisty niepokojący klimat (Czyli rzecz niedostępną dla większości współczesnych horrorów, w których chodzi tylko o seks, krew i flaki), w miarę sympatycznych protagonistów, udało mu się w kilku momentach mnie autentycznie przestraszyć (Szkoda tylko, że osiąga to do cna wyświechtanymi jump scenkami a nie misternie budowanym napięciem) a  zabieg z prawie całkowitym pozbawieniem nas ścieżki dźwiękowej (przynajmniej jeśli chodzi o napisy początkowe bo potem jakieś tam szczątkowe motywy muzyczne jednak otrzymujemy) jest rzeczywiście oryginalny to jednak całość czyli spora dawka rozkosznego błądzenia po korytarzach trochę za bardzo przypominała mi ultranudne w moim pojęciu "Katakumby"  tyle, że trochę lepiej wykonane i zagrane przez aktorów o zdecydowanie większych umiejętnościach (Zwłaszcza jeśli chodzi o rolę Olsen, która nawet mimo faktu, że tym razem nie wyróżnia się tak jak w "Martha Marcy May Marlene" to i tak ciągnie całość za uszy, zwłaszcza, że twórcy uwierzyli zdaje się w jej aktorskie umiejętności {I słusznie!} bo przez większość czasu jest na ekranie sama więc to jej zawdzięczać mogą, że rezultat w ogóle nadaje się do oglądania).

Wracając jednak do tak wychwalanej przeze mnie formy to muszę dodać, że i tu można znaleźć pewne niuanse świadczące o tym, że nie do końca jest to pomysł udany. Dziwnie oglądało mi się film, który stara się nie robić widocznych cięć montażowych, dzięki czemu dostajemy tu długie momenty, w których śledzimy naszych bohaterów krok w krok podczas sekwencji gdzie w zasadzie nic wielkiego się nie dzieje takich jak np. rozmowa Sarah (granej przez Elizabeth Olsen) z koleżanką z dawnych lat i gdzie wkrada się nuda

Największą bolączką wydaje się być jednak to, że szwankuje zdawało by się najważniejszy element, czy wręcz fundament każdego filmu jakim jest fabuła. Z jakiegoś dziwnego i nie jasnego do końca powodu postanowiono skupić się głównie na innowacyjnej technice skutkiem czego snuta opowieść niczym nie zaskakuje i zdecydowanie kuleje. Ba! (Teraz nastąpi moment, który jakoś umknął mi wczoraj w trakcie pisania) Nie dopilnowano nawet stworzenia wyrazistego antagonisty skutkiem czego mamy pozornie mamy tu po prostu zwykłego prześladowcę, bez motywacji, wyglądającego jakby uciekł z planu filmu "The Collector",  który z jakiegoś powodu postanawia pobawić się z mieszkańcami feralnego domu w kotka i myszkę ale ostatecznie twórcy uznają, że to za mało i film skręca w stronę niesławnego "Haute Tension" choć w tym wypadku trudno mi orzec czy robi to lepiej czy gorzej bo musiałbym wrócić do tej produkcji 

Podsumowując. Staram się unikać skrajnych ocen, ale w tym wypadku naprawdę byłem tego bliski, bo ten tytuł absolutnie do mnie nie przemówił.  Zastanawiacie się zatem dlaczego w ostatecznym rozrachunku "Silent House" to w mojej opinii produkcja godna uwagi? Paradoksalnie dlatego, że ma rzadko spotykaną formę, która może wzbudzać skrajne emocje. Nie ma co bowiem spodziewać się jakichś większych wrażeń, satysfakcji z seansu i poczucia spełnienia bo można się po prostu zawieść.

OCENA 5/10

***

Tytuł: Cichy Dom

Tytuł Oryginalny: Silent House

 Reżyseria: Chris Kentis, Laura Lau

Scenariusz: Laura Lau

Obsada: Elizabeth Olsen, Adam Trese, Eric Sheffer Stevens

Kraj: USA, Francja

Gatunek: Horror

Czas trwania: 86 minut

 

 

Komentarze (4)

Dodaj komentarz
  • ilsa333

    "Nie dopilnowano nawet stworzenia wyrazistego antagonisty skutkiem czego mamy tu po prostu zwykłego prześladowcę bez motywacji, który z jakiegoś powodu postanawia pobawić się z mieszkańcami feralnego domu w kotka i myszkę."

    Ten fragment recenzji mnie zadziwił, bo czy finalnie nie okazuje się, że owym prześladowcą jest sama bohaterka?

  • bradesinarus

    Witam!
    Dziękuję za przypomnienie bo oczywiście masz rację! Sam nie wiem jak, tak ważny przecież, szczegół mógł mi umknąć, zwłaszcza, że natychmiast skojarzyło mi jedno z najgorszych i w mojej ocenie najmniej logicznych zakończeń czyli finał "Haute Tension", na co powinienem był przecież zwrócić uwagę. Ale tak to już jest jak się pisze w nocy po obejrzeniu totalnie nie angażującego filmu,

  • ilsa333

    Obejrzyj sobie urugwajski oryginał:) Wierz mi, że Amerykanie w porównaniu z nimi wyłożyli temat jasno i klarownie:)

  • bradesinarus

    Witam!
    Miałem taki zamiar, żeby porównać te dwie produkcje ale postanowiłem na razie dać sobie z tą serią spokój.

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci