Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

WFZ (Wyrównywanie filmowych zaległości ) odcinek 6 ( rok 2012 część 2) Cicha Noc { Silent Night}(2012)

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

SN

Człowiek uczy się przez całe życie. Bo weźmy taki prosty przykład. Zawsze uważałem, że świętom Bożego Narodzenia czegoś brakuje tylko nie umiałem powiedzieć czego. Teraz już wiem, że przez całe swoje życie marzyłem o tym aby Święty Mikołaj okazał się seryjnym mordercą na wzór Michaela Myersa. (Tak wiem, iż nie jest to idea nowa i zdaję sobię sprawę z tego, że powstały takie obrazy jak np. "Satan Claus", "Santa Slay" (Chociaż to wygląda w miarę ciekawie) czy "Silent Night, Deadly Night". Tylko jakoś nigdy mnie do tego typu twórczości nie ciągnęło i chyba nie wiele straciłem ). A teraz na poważnie.

Właściwe to mógłbym na siłę podciągnąć tą produkcję pod przeróbkę wspomnianego tu już "Silent Night, Deadly Night" i zatytułować ten wpis "Tygodnia beznadziejnych remaków dzień drugi" ale postanowiłem sobie i wam tego darować. Głównie dlatego, że "Silent House" (Swoją drogą to ciekawe dlaczego większość filmów z Silent w tytule to, poza nielicznymi wyjątkami takimi jak "Milczenie owiec" czy "Silent Hill" {Mówię tu o świetnej jedynce} obrazy wątpliwej jakości. Czyżby jakieś fatum?) mimo wszystko nie zasługuje na to by stać na tej samej półce co wyrób (Bo filmem tego nie da się nazwać) Stevena C.  Millera bo miał przynajmniej kilka momentów, w których można się było przestraszyć czy angażującą atmosferę. Tu natomiast mamy totalną nudę, przez którą przez cały film walczyłem z chęcią sięgnięcia po pilota i zmienienia płytki, niedopracowane sceny mordów, grę aktorską na poziomie telenoweli, dialogi tak naturalne jak jęki w filmie porno, bohaterów o inteligencji kostki brukowej, epatowanie nagościa (Mimo, że dziewczyny do odgrywania partii rozbieranych zostały wybrane takie, na które przynajmniej miło się patrzy) oraz brak jakiejkolwiek logiki w poczynaniach naszego "Mikołaja" (Tzn. można się tam doszukać jakichś motywów w postaci na przykład kary za grzechy {Popatrzmy bowiem na postać katolickiego duchownego jakiego twórcy byli nam łaskawi pokazać. Chcę wyjaśnić, że nie jestem jakimś religijnym fanatykiem ani nic w ten deseń i nie była w stanie mnie zbulwersować nawet co najwyżej średnia pod względem literackim [Muszę przyznać, że książka była nawet ciekawa i wciągająca ale serio! Przy tym całym zamieszaniu wokół niej spodziewałem się co najmniej bomby atomowej a dostałem co najwyżej przemoczoną petardę] pisanina Dana Browna znana jako "Kod Leonarda da Vinci"  Ba! Obejrzałem nawet "Dogmę" dobrze się przy tym bawiąc a "Imię Róży" uważam za jedną z najlepszych powieści jakie kiedykolwiek zostały napisane.]  Po prostu jestem zdania, że ukazanie obleśnego księdza zboczeńca to pójście po linii najmniejszego oporu choć twórcom może się wydawać, źe przełamują tym posunięciem jakieś tabu i wyznaczają nowe szlaki. Trochę wyolbrzymiam ale przecież w tej chwili  ukazywanie chrześcijańskiego duchownego jako osobę pełną występku i niemal wcielonego diabła jest normą w każdej hollywoodzkiej produkcji i zaskakującym ruchem byłoby raczej stworzenie z takiej osoby postaci pozytywnej albo wybranie sobie za cel przedstawiciela innego wyznania np. imama albo rabina] ale też nie w każdym przypadku, zwłaszcza w przypadku zabójstw mniej więcej od połowy tego koszmaru przesłanki kierujące naszym antagonistą są jasne i klarowne. W pewnym momencie zaczynają bowiem wyglądać jak rezultat chorej wyliczanki w stylu "raz, dwa, trzy zginiesz ty!" ). Chociaż właściwie to sam sprowadziłem na siebie to cierpienie bo beznadziejny remake "My Bloody Valentine" powinien mnie nauczyć, żeby szerokim łukiem omijać wszelkie produkcje, w których naszą protagonistkę gra pozbawiona chociażby strzępków jakiekolwiek talentu Jaime King (Choć muszę przyznać, że w "Sin City" zaprezentowała się zadziwiająco dobrze). No cóż. "Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało" można by rzec.

A wiecie czego mi tu najbardziej brakowało? Humoru. Już przy okazji "Abraham Lincoln pogromca wampirów" stwierdziłem, że amerykanie cierpią na zanik poczucia tegoż i nawet w przypadku historii, które aż proszą się o odrobinę dystansu (No bo serio! Kto będzie nerwowo obgryzając paznokcie oglądał historię o morderczym świętym Mikołaju? Żałuję, że to nie japończycy wpadli na pomysł bo wówczas powstała by z tego genialna i zwariowana produkcja) uderzają w tak podniosłe i patetyczne tony jakby ubiegali się o nagrodę za najmniej dopasowany klimat (Chociaż nawet w tej konkurencji mieliby poważne problemy z ugraniem czegokolwiek zważywszy na ciężar gatunkowy przywołanej tu już pozycji).

Na zakończenie warto choć przez moment zatrzymać się na jedynych pozytywach tej produkcji. Aspektach, które sprawiły, iż w ostatecznym rozrchunku w rubryce ocena nie będzie stało dumne 1/10. I o dziwo są aż dwa takie rzeczy. Jako pierwsze to po tym filmie jeszcze bardziej doceniam Malcolma McDowella za to, że udowadnia swoją aktorską klasę (Choć trzeba przyznać, że zdecydowanie źle wybiera role) oraz profesjonalizm i mimo niskiej jakości prezentowanego dzieła próbuje coś grać ( I szczerze mówiąc jest najlepszym elementem tej pozycji co jednak nie było mimo wszystko takie trudne zważywszy na jakość tego tworu) a nie tylko dostosować się do ogólnego poziomu. Gdyby nie on to ten obraz byłby praktycznie nieoglądalny. Drugą rzeczą jest fakt, iż w jednej z ról obsadzona jest Ellen Wong czyli pamiętna Knives Chau z rewelacyjnego "Scott Pilgrim kontra świat" (I to nie tylko dlatego, że występuje tam Mary Elizabeth Winstead) co przypomniało mi, że mógłbym w tej chwili obejrzeć tamten tytuł a nie męczyć z tym.

Podsumowując. Jest wielką sztuką nakręcić nudny horror, jednak jakimś cudem Steven Miller do spółki z odpowiedzialnym za scenariusz Jaysonem Rothwellem posiedli tę rzadką umiejętność. Mamy tu więc do czynienia z klinicznym przypadkiem złego filmu, który nie daje nawet tej przyjemności jaką możemy dostać w przypadku chociażby "Creature" czy całego zjawiska "guilty pleasure", wynikającej z pociesznej nieudolności twórców. To jest raczej obraz tak zły, że aż zły.

OCENA: 3/10

***

Tytuł: Cicha Noc

Oryginalny: Silent Night

Reżyser: Steven C. Miller

Scenariusz: Jayson Rothwell

Obsada: Jaime King, Malcolm Mc Dowell, Ellen Wong, Brendan Fehr

Kraj: USA, Kanada

Gatunek: Horror

Czas trwania: 94 minuty

 

 

 

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci