Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

WFZ (Wyrównywanie filmowych zaległości ) odcinek 6 ( rok 2012 część 1) "Looper"

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

 

Jako, że wielkimi krokami się nowy rok, a wraz z nim pora podsumowań i przyrządzania wszelkiego rodzaju zestawień tego co najlepsze i najgorsze miała nam do zaoferowania kinematografia nadszedł więc czas na powrót do zapoczątkowanego w ubiegłym roku (tym oto wpisem) cyklu, w którym przyjrzę się produkcjom, do których się przymierzałem, ale które z jakichś powodów mi umknęły a zdaję sobię sprawę, że bez nich jakakolwiek lista mogłaby być niepewna. Na pierwszy ogień pójdzie "Looper"- film, który przed swoją premierą był wszem i wobec zapowiadany jako niemalże następca genialnej "Incepcji",  co nie będę ukrywał było dla mnie niesamowitym bodźcem, doprawionym świetnym zwiastunem ( Czyli sytuacja była analogiczna do ubiegłorocznego, rozczarowującego "Wyścigu z Czasem".) do tego aby się tym tytułem zainteresować. Ciekawe czy rzeczywiście tak jest.

Loo

Tytuł: Looper- Pętla czasu

Oryginalny: Looper

Reżyseria: Rian Johnson

Scenariusz: Rian Johnson

Obsada: Bruce Willis, Joseph Gordon Lewitt, Emily Blunt, Piper Perabo

Kraj: Chiny, USA

Gatunek:Akcja, SF

Czas trwania: 118 minut

 Chciałbym móc napisać, że widziałem rzecz wielką i niezapomnianą, która pozostawiła w mojej pamięci trwały ślad tym bardziej, że ciekawych wyrazistych i pomysłowych filmów SF nigdy nie jest dość. Niestety nie mogę. Zderzenie rozbudzonych oczekiwań z rzeczywistością okazało się bowiem dla tej produkcji opłakane w skutkach.

"Looper" to niespełniona obietnica i nie do końca wykorzystany potencjał. Mimo, że muszę docenić fakt, iż mamy tu do czynienia z niemal wzorcowo poprowadzoną (Choć nie obyło się bez kilku mniejszych bądź większych zgrzytów, które wymienię w dalszej części wpisu), wciągającą i niegłupią historią, którą po prostu przyjemnie się ogląda to jednak czegoś, jakiejś "boskiej cząstki" czy "dotyku geniuszu" tu zabrakło więc po tych wszystkich niezwykle entuzjastycznych recenzjach i niespotykanie wysokich ocenach na zagranicznych portalach czuję się rozczarowany bo zupełnie nie miałem wrażenia jakbym oglądał coś przełomowego i wybitnego. A już napewno nie było to poczucie obcowania z czymś równie genialnym co "Blade Runner", "Czarny Łabędź" czy przywołana tu na wstępie "Incepcja", które to produkcje były w moim odczuciu były tworami kompletnymi bez ani jednego zbędnego elementu i zdecydowanie zapierały dech w piersiach. Ba! Przyznam się szczerze, że zdecydowanie bliżej takiego stanu rzeczy niż produkcja Riana Johnsona były nawet dwa ubiegłoroczne filmy czyli "Wyścig z Czasem" i "Source Code".

Jesteście pewnie ciekawi co przyczyniło się do takiego stanu? No cóż. To samo co zawsze w takich przypadkach czyli aktorstwo (Zwłaszcza jeśli chodzi o kreację Emily Blunt, która nie była szczególnie przekonująca i sprawiała wrażenie jakby jej nie zależało co może dziwić zważywszy na fakt, że tak bardzo chciała zagrać w tym tytule, iż zgodziła się wystąpić po przeczytaniu jedynie części scenariusza i to podobno nawet bez fragmentów przedstawiających graną przez nią postać) a przede wszystkim wykonanie tak ważnego aspektu jak zakończenie całej intrygi. Czy naprawdę twórcy nie mogli wpaść na nic innego niż wykorzystanie do cna ogranego motywu dziecka "specjalnego",  który to wątek na dodatek wydaje się być mało potrzebnym wypełniaczem rozszerzonym do granic możliwości (Tak. Wiem, iż to miało służyć rozwiązaniu zagadki tożsamości tajemniczego Rainmakera, i że kilka scen z tym związanych np. konfrontacja w kukurydzy wygląda naprawdę zjawisko) ale można było chociaż spróbować sprawić było to emocjonujące i by te sceny nie wyglądały jak fragmenty zupełnie innego filmu i by całość nie była dość oczywista dla każdego średnio rozgarniętego widza. A przede wszystkim występ tego dzieciaka dowiódł tylko jednego: dziecięce aktorstwo to z reguły newralgiczny punkt każdej opowieści bo niezwykle rzadko spotyka się dobrze grających młodocianych aktorów

Na koniec pomyślałem, że warto by było w kilku krótkich zdaniach zwrócić uwagę na parę aspektów, które inaczej mogłyby mi gdzieś uciec a przecież są nieodłączną częścią tej pozycji i stanowią o jej sile. I na pierwszy ogień weźmiemy charakteryzację, która ( zwłaszcza jeśli chodzi o sprawienie by Joseph Gordon Levitt wyglądał możliwie jak najbardziej podobnie do Bruce'a Willisa) dowodzi naprawdę wysokiego kunsztu ekipy odpowiedzialnej za ten element. Jako drugi punkt na mojej liście zalet figuruje nie nadużywanie efektów specjalnych ponad miarę, co może samo w sobie nie jest jakoś szczególnie imponujące, ale nawet nie wiecie z jaką ulgą przyjąłem, że nie mamy tu do czynienia z popisem kreatywności speców od efektów specjalnych wynajętych po to aby przyćmili kulejącą fabułę. Warto też podkreślić świetną kreację Jeffa Danielsa, który po prostu dzieli i rządzi po prostu kradnąc każdą sekundę ekranowego czasu (Coś na wzór Cilliana Murphy w "Wyścigu z Czasem". Ba! Nawet koniec mają dość podobny)  

 Podsumowując. Zdecydowanie nikomu tej produkcji nie odradzam, bo jak na jednokrotne obejrzenie to oferuje ona całkiem sporą dawkę pozytywnych wrażeń (Choć doradzałbym raczej obejrzenie lub przypomnienie sobie "Dwunastu małp", które wydają się lepiej sobie radzić w kategorii "Bruce Willis podróżujący w czasie"). Jednak nie jest to też obraz, który wwierca się w głowę z siłą pocisków penetrujących i kino, do którego chciałoby się wracać. 

OCENA: 7/10

 

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci