Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

WFZ odcinek 6 (rok 2012 część 5) "Igrzyska śmierci" {Hunger Games} (2012) czyli niepotrzebna powtórka z rozrywki

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

HG

Nie dajcie się zwieść pozorom. Fakt, że po wczorajszym seansie "House at the End of the Street", w którym występowała m.in. Jennifer Lawrence dziś zabrałem się za kolejny film z tą aktorką w roli głównej absolutnie nie oznacza, że zapoczątkowałem jakiś stały cykl tematyczny jej poświęcony ( Tak jak to miało miejsce w przypadku Georginy Haig czy Cilliana Murphy). Uznałem po prostu, że przyszedł czas by zabrać się za film, który wywołuje istnie dualistyczny podział, wywołując skrajne emocje i dzielac widzów na tych, którzy uważają go za kinowy odpowiednik spamu i tych, u których wywołuje spazmy euforii. Za jeden z najgłośniejszych i najbardziej kasowych przebojów tego roku ( Prawie 700 milionów zysku na całym świecie) oraz obraz, który osiągnął całkiem przyzwoity rezultat w moich rekomendacjach na Filmwebie ( prawie 75%, tyle ile miał chociażby świetny "Sinister"). Czyli jednym słowem za "Igrzyska Śmierci" w reżyserii Gary'ego Rossa. I coś czuję w kościach, że wywołam burzę. Ale co mi tam! Mam ten przywilej, że mogę być szczery i wyrażać swoje prawdziwe odczucia.

Na początek muszę się do czegoś przyznać. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o tym filmie, o cyklu książek Suzanne Collins na podstawie, którego powstał a także skojarzyłem (Co nie było takie trudne bo nasunęłoby się na myśl każdemu rozsądnemu widzowi {A uwierzcie mi, że znam osoby, które uważają iż "Hunger Games" to najbardziej kreatywna fabuła w historii kina. I w stawianiu takich tez absolutnie nie przeszkadza im fakt, że nie widziały ani nawet nie słyszały o obrazie Kinjiego Fukasaku. Ot! Taki drobny, nieistotny szczegół} a co dopiero takiemu wprawnemu połykaczowi horrorów jak ja) jak bardzo jego zarys fabularny jest zbliżony do genialnego i wstrząsającego japońskiego "Battle Royale" pomyślałem sobie, że świat schodzi na psy i nie ma już żadnych świętości skoro nawet takie arcydzieło próbuje się przerobić na papkę dla nastolatków (głównie jednak dla nastolatek, gdyż to one stanowią niewątpliwą grupę docelową tej opowieści). Nie miałem też oczywiście zamiaru go oglądać. Jednak, jak to mówią, kropla (czyli samo istnienie tego "świętokradztwa" i chęć skonfrontowania go z kanonicznym tytułem a także przekonanie, iż na świecie nie może być aż tylu nieświadomych istnienia wartościowych propozycji widzów, którym można wcisnąć dowolny bubel a oni się nie zorientują, że dostali nie w pełni wartościowy produkt zatem musi tu być coś wartego uwagi. Poza tym grają tu przecież naprawdę dobrzy aktorzy {M.in. Woody Harelson, Donald Sutherland czy Elizabeth Banks [Której kreacja, tak na marginesie, jest tak przerysowana i karykaturalna, że aż oczy bolą kiedy się na nią patrzy]} więc nie może być aż tak źle) drąży skałę i postanowiłem usiąść i przekonać się o co tyle hałasu.  

I wiecie co? Dostałem dokładnie to czego oczekiwałem czyli potwierdzenie, że ten cały projekt był od początku do końca niepotrzebny i nie wniósł niczego nowego. Uwierzcie mi jednak, iż mimo całej dozy sympatii, jaką darzę wspomniany tu już tytuł spod znaku kwitnącej wiśni naprawdę starałem się podejść do amerykańskiej produkcji w absolutnie obiektywny sposób (W końcu różni artyści mogą przecież, niezależnie od siebie, wpaść na podobny pomysł i przedstawić go w zupełnie inny sposób. Wystarczy porównać ze sobą choćby "Prestiż" Christophera Nolana i "Iluzjonistę" Neila Burgera, dwa obrazy z tego samego roku tak swoją drogą, aby wiedzieć o czym mówię) tylko że ona postanowiła mi niczego nie ułatwiać. Zresztą nie sposób tych dwóch wizji ze sobą nie porównywać skoro opowiadają one prawie tę samą historię: Aby zapobiec przemocy wprowadzono akt prawny na mocy, którego grupka młodych ludzi została wybrana aby się wzajemnie pozabijać (Oczywiście te dwie wizje przyszłości różnią się skalą całego przedsięwzięcia. Bo o ile u Fukasaku mieliśmy jedną klasę szkolną tak tu mamy przedstawicieli dwunastu różnych dystryktów {Rzecz, która sprawiła, że myślałem o tym tytule i zastanawiałem się czy zobaczymy krewetki }). I mimo, że w amerykańskiej produkcji przepiękna scenografia, obłędne kostiumy ( Pieszcząca zmysły scena niemal olimpijskiej defilady wszystkich uczestników) czy w ogóle cała strona wizualna (Zwłaszcza w kapitalnie zrobionej sekwencji halucynacji naszej głównej bohaterki) zasługuje na absolutne słowa pochwały, tak samo zresztą jak postać kreowana przez Woody'ego Harelsona czy niegłupia satyra na współczesne media (Zahaczająca jednak momentami o tereny zajmowane przez "Dom w głębi lasu"), to pod względem spraw najważniejszych mamy tu do czynienia z istnym "Battle Royale" dla ubogich. Wypraną z jakichkolwiek emocji (Chociaż może i bardzo chciałbym przejąć się na przykład poświęceniem Katniss, zwłaszcza że film stosuje niejako szantaż emocjonalny w tym względzie, która do tytułowych Igrzysk zgłosiła się w zastępstwie swojej siostry to jak mam przejmować się losem postaci pozbawionych chociażby strzępków przyjaznej osobowości, w czym pierwsze skrzypce gra maksymalnie irytująca właśnie nasza główna bohaterka sprawiająca, że coraz bardziej prawdopodobne staje się zdegradowanie Jennifer Lawrence z aktorki utalentowanej, która źle wybiera role, na aktorkę bardzo ładną ( Bo trzeba powiedzieć, że do twarzy jej w ciemnych włosach) ale warsztatowo co najwyżej średnią? Jak mamy trzymać kciuki za powodzenie duetu, czy raczej w pewnym momencie tercetu, miłosnego, na czym w zamiarze twórców miała się chyba opierać cała konstrukcja fabularna,  tak tragicznie rozpisanego i zagranego, że nawet z detektorem nie wyczujemy tu jakichkolwiek oznak chemii?)  maksymalnie spłyconą,  przewidywalną, schematyczną, rozwleczoną do granic możliwości ( Spokojnie można to było skrócić o jakieś pół godziny bez straty dla widowiska. A tym, którzy twierdzą inaczej przypominam, że Japończykom się jakoś udało zmieścić całą historię w 114 minutach) i kompletnie nie angażującą marną kopią, która chyba tylko przez skromność (Bo twórcy zdali sobie w trakcie prac sprawę z tego, że nie ma absolutnie żadnych szans na to, iż finalny efekt sprosta porównaniu z o wiele dojrzalszym i mroczniejszym arcydziełem, w którym japończycy zdecydowanie lepiej położyli akcenty dzięki czemu udało im się nie zrobić romansu z elementami akcji {Co, jak sobie przypomnimy wczorajszą notkę, tak świetnie się sprawdziło w przypadku "Domu na końcu drogi". Filmu, który tak śmiechem, żartem prezentuje się znacznie lepiej od produkcji Rossa pod względem pomysłowości twórców}) nie została nazwana remakiem "Batoru rowaiaru".

Podsumowując. Po obejrzeniu tego filmu nadal nie bardzo rozumiem, na czym polega fenomen oszałamiającej popularności pisarstwa Suzanne Collins ale wiem jedno. Mnie to absolutnie nie porusza, więc ja z tego pociągu wysiadam i po dalsze części tego cyklu napewno nie sięgnę.

OCENA: 4/10

***

Tytuł: Igrzyska Śmierci

Oryginalny: Hunger Games

Reżyser: Gary Ross

Scenariusz: Gary Ross, Billy Ray, Suzanne Collins

Obsada: Jennifer Lawrence, Josh Hutherson, Elizabeth Banks, Woody Harelson

Kraj: USA

Gatunek: Thriller, Akcja, SF

Trailer

Czas trwania: 142 minuty

 

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci