Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Django" (2012) czyli Tarantino nie wychodzi z formy

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

Django

Niektórzy mówią, że nie potrafię kończyć tego co zacząłem. I wiecie co? Niewątpliwie mają rację, o czym świadczyć może kilka moich recenzji, które do tej pory nie doczekały się jakiegokolwiek zwieńczenia (Nie będę podawał przykładów bo po pierwsze taka tendencja nie jest chwalebna i nie uprawnia do rozpowiadania o niej wszem i wobec, a po drugie sami możecie je bez problemu znaleźć). Jednak w tym wypadku wgryzę zęby w podłogę aby dać wam satysfakcjonujący i pełny produkt. Nie tylko dlatego, że obiecałem wam przyjrzenie się produkcjom nominowanym do tegorocznych Oscarów, ale przede wszystkim dla tego, że mamy tu do czynienia z produkcją sygnowaną nazwiskiem Quentina Tarantino, który nie dość, że należy do ścisłego grona moich ulubionych reżyserów to na dodatek jest jednym z tych twórców, na których dzieła zawsze warto czekać bo zawsze przynoszą ożywczy powiew świeżości i cechuje je po prostu niezwykłe uwielbienie dla kinematografii. Ba! Nawet te pozornie mniej udane produkcje, w których Tarantino maczał swoje palce (Takie jak np. "Death Proof", o którym nie mogę powiedzieć złego słowa bo był tytułem, dzięki któremu odkryłem Mary Elizabeth Winstead) stanowią poziom, do którego większość jego kolegów po fachu nie będzie się prawdopodobnie w stanie nawet zbliżyć przez cały czas trwania swoich karier.

Choć początkowo, to znaczy kiedy usłyszałem pierwsze wzmianki o tym, że Tarantino zabiera się za największe marzenie swojego życia czyli realizację westernu,  byłem bardzo sceptyczny i myślałem, że to będzie największa wpadka w jego filmografii to po seansie mogę powiedzieć jedno. Ten wybitny reżyser po raz kolejny mnie nie zawiódł i udowodnił, że to za co się zabierze potrafi zamienić w złoto. "Django" jest absolutnie zachwycające! Mamy tu bowiem do czynienia z naprawdę niesamowitą produkcją znajdującą się na pograniczu pastiszu i hołdu dla gatunku (Choć muszę przyznać, że to, co dla jednych jest jego atutem, dla innych może być powodem do bezpardonowych napaści. Tarantino jest przez wielu oskarżany o bezczelny plagiaryzm i wykorzystywanie obrazów innych twórców bez przyznawania się do źródeł czerpanych inspiracji. Krytycy przywołują w tym miejscu przykład "Wściekłych Psów" mających być rzekomo lepiej wykonanym "City of Fire" czy fakt, że omawiany tu obraz "pożyczył" tytuł od wcześniejszej produkcji Sergio Corbucciego) ale nie przekraczające tej cienkiej linii ich dzielącej. I szczerze mówiąc, nie sądziłem, że  taką łatwością i bez wrażenia nieprzystawalności tych dwóch konwencji uda się amerykańskiemu reżyserowi przenieść specyficzny styl charakteryzujący jego twórczość, na grunt westernu ale jakimś cudem dokładnie tak się stało. 

Jak zwykle w wypadku dzieł tego twórcy, mamy tu zatem naprawdę dobry, nasycony popkulturalnymi nawiązania (Dostrzegalny jest np. motyw zapożyczony z klasycznego i niezwykle kontrowersyjnego (bo propagującego rasizm i gloryfikującego Ku Klux Klan) filmu Davida W. Griffitha "Narodziny Narodu") a także żywymi dialogami i dający aktorom możliwość wykazania się nieprzeciętnymi umiejętnościami oraz stworzenia wiarygodnych a nade wszystko niezwykle wyrazistych kreacji (Fakt, z którego skrupulatnie korzystają zwłaszcza Leonardo di Caprio, Samuel L. Jackson i Christoph Waltz. Szczególnie ostatni z wymienionych tu przeze mnie wirtuozów ekranu zadziwiająco dobrze wychodzi na współpracy z twórcą Pulp Fiction" bo po raz kolejny po "Bękartach Wojny" popisuje się kapitalną dyspozycją). Muszę jednak w tym miejscu zauważyć, że Jamie Foxx nie był chyba najszczęśliwszym wyborem do tytułowej roli bo na tle przywołanych tu już gentelmenów wypada mizernie i blado. Tak jak to miało miejsce w omawianym tu kilka dni temu dziele Martina McDonagha "Siedmiu Psychopatów". Brakuje mi tu również wyrazistych postaci kobiecych bo niestety, o żadnej aktorce nie można powiedzieć aby miała do grania coś więcej niż tylko rolę "paprotki" czyli ładnego, ale niekoniecznie ważnego dodatku.  Jest to o tyle dziwniejsze, że Tarantino  w odróznieniu od Irlandczyka niejednokrotnie udowadniał, że potrafi takie postaci kreować w swoich scenariuszach. 

Znów mamy tu muzykę, która na pierwszy rzut ucha absolutnie nie koreluje się z przedstawioną historią (Jaki inny twórca uznałby np. rap za coś odpowiedniego i pasującego do westernu) a w ostatecznym rozrachunku okazuje się być idealnym kreatorem nastroju i niezbędnym elementem, bez którego całość nie byłaby tak samo dobra. 

Nie można również zapomnieć o jednej z fundamentalnych cech konstytutywnych omawianego tu zjawiska czyli nieuznawaniu jakichkolwiek kompromisów. Dotyczy to zwłaszcza umiejętności pokazywania makabry, w taki sposób by sprawiała ona frajdę z oglądania tego na ekranie i pewien sposób niezaprzeczalnie gloryfikującym przemoc (Kolejny zarzut "poważnych" krytyków filmowych, rozkoszujących się wysublimowanym kinem z Bangladeszu i pretekst do nagradzania jakichś błachych obrazów w miejsce przełomowych klasyków pokroju "Pulp Fiction"). Aby wiedzieć co mam na myśli wystarczy popatrzeć sobie bowiem na doskonale sfotografowaną, kapitalnie zmontowaną, niemiłosiernie przerysowaną i krwistą scenę strzelaniny w Candylandzie czyli filmowej posiadłości złego charakteru (granego z takim wdziękiem przez Leonardo DiCaprio. A tak swoją drogą to ciekawe czy nazwisko naszego złoczyńcy nie jest przypadkiem ukłonem w stronę rewelacyjnego "Przylądku Strachu" ). Scenę, która ma wszelkie potrzebne cechy by zostać sceną kultową, na której wzorować się będą następne pokolenia twórców.

Podsumowując. Nie da się ukryć, że "Django" to dzieło zdecydowanie ustępujące najlepszemu dokonaniu Quentina Tarantina czyli kompletnemu, niesamowicie urzekającemu i będącego chyba jego opus vitae "Pulp Fiction". Uważam  jednak, że ma wystarczająco wiele atutów by spokojnie powalczyć o miano osiągnięcia numer 2 karzącym z niecierpliwością wyczekiwać na kolejne projekty spod ręki tego wybitnego reżysera. Absolutnie zasłużenie staje się też moim murowanym faworytem do Oscarów (Których pewnie i tak nie dostanie bo jest zbyt obrazoburczy jak na gusty szanownej Akademii) 

OCENA: 9 /10

 

 

 

 

 

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci