Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Down the road" a.k.a "Nobody Gets Out Alive" (2013)

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

NGOA

Już niejednokrotnie przekonałem się (Choćby na przykładzie rewelacyjnej "Absentii"), że w produkcjach niezależnych i niskobudżetowych można czasami dostrzec zdecydowanie większy potencjał niż w tych, które dysponują imponującym budżetem czy gwiazdami w obsadzie. Najczęściej jednak (zwłaszcza jeśli rozpatrujemy tytuły należące plasujące się w szeroko pojętym horrorze) dostajemy nudne, schematyczne, nieudane, amatorskie (w najgorszym znaczeniu tego słowa)  i kompletnie nie emocjonujące dzieła. Rzeczy, których doskonałą ilustracją może być chociażby tegoroczny "Down the road" Jasona Christophera, który zbiera na ogół zaskakująco dobre recenzje, a który dzisiaj miałem nieprzyjemność obejrzeć.

 Dlaczego ja  mam takiego pecha, że szukając produkcji, przy której będę mógł się zrelaksować i ukoić nerwy po ciężkim tygodniu (Miałem bowiem aż cztery zaliczenia, ale nie chcę się chwalić), mając zdecydowanie obniżoną gardę oczekiwań musiałem natrafić na totalną szmirę, przy której oglądaniu wciąż zastanawiałem się po co ja to właściwie robię ( Mamy tu do czynienia ze zjawiskiem, podobnym do tego, które tak kapitalnie pokazał Haneke w "Funny Games" {Choć tam akurat było to posunięte o wiele dalej, wszak Austriakowi chodziło pokazanie, że to my odbiorcy jesteśmy winni eskalacji przemocy na ekranie, wszak uwielbiamy to oglądać)  czyli widza, któremu nie podoba się to co widzi ale nie wyłączy odbiornika)? Przecież nikt nie stoi nad moją głową z karabinem (A przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo) i w każdej chwili mogę spokojnie zmienić repertuar (Tym bardziej, że w samym dziele nie ma nic takiego co przyciągałoby moją uwagę choć na kilka sekund. Nie ma tu ani grama lekkiego podejścia, dobrze wykonanych efektów gore, charyzmatycznego antagonisty, klimatu zagrożenia, czegoś nie widzianego przez nas wcześniej czy choćby ułamka procenta logiki w postępowaniu naszych bohaterów. Zamiast tego dostajemy masę bezsensownej ganianiny po lesie, z której nie wynika absolutnie nic sensownego. ).  Dlaczego więc zamiast oglądać wartościowe obrazy wolę katować się gniotami, które dają nam bohaterów o osobowości meduzy (Kiedy twórcy nauczą się wreszcie, że widz potrzebuje postaci, za którymi będzie można trzymać kciuki i współczuć im kiedy spotyka ich coś złego, zamiast życzyć im możliwie jak najbardziej bolesnej śmierci? Dlaczego wszyscy filmowcy zajmujący się kinem grozy uparli się zmuszać nas do kibicowania antagonistom? Kiedy to co udało się Ti Westowi w, przywoływanym tu już wielokrotnie na tych łamach, "Innkeepers" nie będzie tylko wyjątkiem ale stanie się regułą?) wykazujących absolutnie  i pozbawionych jakiegokolwiek charakteru? Dlaczego fabuła nie przejawiająca choćby strzępów kreatywności (Co dziwne w dobie niemal powszechnie obowiązującego postmodernizmu, przebijania "czwartej ściany" i obowiązkowych, zdawało by się, nawiązań do innych filmów.) oraz będąca w istocie kolejną schematyczną opowieścią o grupce młodych ludzi, którzy pojechali imprezować do oddalonego lasu, gdzie czeka już na nich szalony psychopata (A przecież niejednokrotnie podkreślałem jak bardzo nie lubię takiego motywu i wydawało mi się, że po kapitalnym "Cabin in the woods" nie mają one zbyt wielkiego sensu) wydała mi się potencjalnie interesująca? Tym bardziej, że w sumie mogłem się tego spodziewać. Mimo, że pan Christopher może mówić, że w zamierzeniu miał to być hołd oddany starszym, kultowym już pozycjom spod znaku noża i maczety takim jak choćby "Piątek Trzynastego" (konsultantem był tu nawet Victor Miller, jeden ze scenarzystów tamtego obrazu) to jednak od zamiaru do udanego finalnego efektu jest równie daleka droga jak dla kogokolwiek z ekipy zaangażowanej w ten projekt perspektywa kariery w Hollywood.  Przecież mamy tu do czynienia z klasycznym już syndromem alternatywnego tytułu, który niczym jaskrawego koloru taśma ostrzegawcza gwarantuje, że po jej przekroczeniu nic dobrego nas nie spotka (Chyba jedyną produkcją znaną pod więcej niż jednym tytułem, która mi się choć trochę podobała jest świetny "Asylum Blackout"). W tym momencie naprawdę żałuję, że tak ostro potraktowałem najnowszą odsłonę "Piły Mechanicznej", która jest o wiele lepszym filmem, zapewniającym zdecydowanie wyższy współczynnik zadowolenia. A poza tym przy produkcji Johna Luessenhopa można się było przynajmniej pośmiać i potraktować ją jako "Guilty Pleasure" 

Podsumowując. Wiecie co? Mimo najszczerszych chęci nadal nie umiem znaleźć odpowiedzi na wszytkie pytania jakie postawiłem w tym krótkim tekście i, szczerze mówiąc to nawet nie bardzo mi się chce. Nie mam serca bowiem pastwić się nad tym produktem, który  w mojej ocenie jest najlepszym dowodem na to, że choć każdy może nakręcić własną fabułę, to chyba nie każdy powinien. Zdecydowanie odradzam tę produkcję. No chyba, że chcecie się śmiertelnie wynudzić. 

OCENA: 3/10

 ***

Tytuł (wg. Filmwebu): Down The Road

Tytuł (wg. IMDB): Nobody Gets Out Alive

Reżyser: Jason Christopher

Scenariusz: Jason Christopher

Obsada: Jen Dance, Chelsey Garner, Brian Gallagher, Shaun Paul Costello

Gatunek: Horror

Kraj: USA

Czas trwania: 80 minut

Trailer

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci