Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Golden Eye" (1995)

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

goldeneye

Zastanawialiście się kiedyś ile razy można oglądać ten sam film, nie mając poczucia przesytu i wciąż czerpiąc z niego jednakowo wysoki poziom satysfakcji co za pierwszym seansem? No cóż to trudna do jednoznacznego rozstrzygnięcia kwestia wiążąca się z niezwykle subiektywnymi odczuciami (Miałem kiedyś znajomego, który był w stanie katować "Gladiatora"(Na co ja, przy całym moim sentymencie do tej produkcji, chyba jednak bym się nie odważył) dwadzieścia razy pod rząd i znał na pamięć każdy dialog i każdy zwrot akcji. A co najśmieszniejsze kompletnie nie uważał tego za coś złego. Ja wiem, że wg. rozlicznych teorii filmoznawczychma to jakiś tam sens bo każdy seans jest inny i za każdym razem zwracamy uwagę na inne aspekty (Coś w tym chyba jest bo ja dajmy na to dopiero teraz zauważyłem, iż występuje tu Tcheky Karyo). Ale przyznacie sami, że chyba istnieją pewne granice). Jest jednak pewna rzecz, która niezależnie od liczby dotychczasowych projekcji (Która pomału dochodzi już chyba do siedmiu) potrafi mnie zawsze skłonić do tego abym zasiadł przed ekranem zwłaszcza wtedy kiedy mamy do czynienia z tak dobrą odsłoną jak w przypadku, którym dziś się zajmiemy. Jak zapewne zdążyliście się już zorientować chodzi mi tu o serię przygód Jamesa Bonda agenta 007, której jestem wielkim fanem i wcale nie zamierzam tego ukrywać. A skoro dziś telewizyjna Jedynka postanowiła przypomnieć nam "Goldeneye" (Mam nadzieję, że nie był to jednorazowy wyskok tylko zapowiedź wyemitowania większej ilości tych produkcji) to było chyba oczywiste, że nie mogło mnie zabraknąć przed telewizorem.

I wiecie co? Mam mieszane uczucia na temat dzieła Martina Campbella. Bo z jednej strony nie to naprawdę interesujące kino, w którym nie sposób nie zwrócić uwagi na świetną grę aktorską Seana Beana { Już chyba kiedyś pisałem, że w mojej ocenie byłby on doskonałym odtwórca roli tytułowej i absolutnie swojego zdania nie zmieniam), Famke Janssen czy Judy Dench; nie uznać, że Pierce Brosnan to, mimo pewnego zesztywnienia, "właściwy człowiek na właściwym miejscu" {Przynajmniej jeśli chodzi o przyjętą tu konwencję}; nie zachwycić się zapadającymi w pamięć scenami akcji takimi jak np. przejażdzka czołgiem po ulicach Sankt Petersburga, czy sekwencja otwierająca całą historię oraz nie docenić próby sprowadzenia serii na odrobinę poważniejsze tory niż tylko walka wywiadów (Choć trudno powiedzieć na ile jest to osiągnięcie samego scenariusza, a na ile po prostu wynik zmiany sytuacji geopolitycznej w momencie powstawania filmu i usilne starania twórców by dopasować swą opowieść do nowych realiów (Dlatego w miejsce ZSRR jako inicjatora wszelkiego zła postawiono radziecką mafię oraz kilku rosyjskich zdrajców) a jednocześnie znaleźć Bondowi nowego przeciwnika, który charyzmą i skalą działania nie będzie ustępował poprzednim (Stąd postać (kreowanego przez Beana) Janusa, renegata z brytyjskiego wywiadu (byłego agenta 006), który postanowił zemścić się na Albionie za to, iż tamtejszy rząd zdradził jego rodziców. Dlatego za w pełni zamierzone, mroczniejsze podejście tego reżysera do bondowskiego uniwersum, uważam "Casino Royale" mimo, że nie do końca akceptuję (Nawet mimo bardzo dobrego "Skyfall") Daniela Craiga jako naszego protagonisty. Należy też oczywiście docenić kapitalną piosenkę Tiny Turner  czyli jeden z najlepszych utworów tej serii.

Z drugiej jednak strony nie potrafię pozbyć się wrażenia, że "Goldeneye" niesamowicie się zestarzało i teraz, zwłaszcza jeśli porównamy go z, przywoływaną tu już, najnowszą odsłoną, wygląda zdecydowanie gorzej i nie można się dziwić, że o ile kiedyś ten obraz podobał mi się zdecydowanie bardziej (Może dlatego, że jak już niejednokrotnie wspominałem, był to jeden z moich pierwszych Bondów i po prostu mam do niego sentyment) oraz wydawał mi się on  zdecydowanie lepszym, wypchanym po brzegi akcją nawet na sekundę nie zwalniającym potokiem adrenaliny to dziś zdarzało mi się widzieć pewne niepotrzebne przestoje fabularne, pewne sceny zdały mi się stanowczo zbyt długie  ( Takie jak np.sławetny wyścig na górskiej drodze między Astonem Martinem a Ferrari), że elementy komediowe (takie jak sekwencja z wyścigiem kolarskim czy motyw z różyczką) pasują raczej do jakiejś parodii niż poważnego w zamiarze kina akcji a także skonstatować, iż gra aktorska Izabeli Scorupco chyba nie była najważniejszym kryterium przy obsadzaniu roli Bondgirl bo prezentuje się ona tu wyjątkowo niekorzystnie i bez jakiegokolwiek wyrazu.     

Podsumowując. Jeżeli ktoś nie widział żadnej z części Bonda oprócz tych, w których występuje Daniel Craig absolutnie nie powinien zabierać się za "Goldeneye". Nie piszę tak jednak dla tego, że uważam takich ludzi za gorszych i niegodnych obcowania z takim arcydziełem i proszę mi nawet takiego zamiaru nie insynuować. Obawiam się po prostu, że różnica klas, wykoniania i klimatu (Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę tegoroczny "Skyfall", który jest klasą samą w sobie0  mogłaby ich odstraszyć od sięgnięcia po inne produkcje spod tego. Jest to bowiem film, który doceni tylko wielbiciel tej serii, który potrafi twórcom wiele wybaczyć jeśli tylko widzi na ekranie bohatera, do którego się przyzwyczaił. Ludzi, takich jak ja, którzy potrafią wyklinać reżysera za to, że ich Bond za mało przypomina Bonda jakiego znają i kochają (Przypomnijcie sobie sytuację jaka miała miejsce przy okazji premiery "Casino Royale"). My i tak do niego będziemy wracać za każdym razem kiedy będziemy mieć do tego okazję. 

OCENA: 8/10 (Wiem, że zawyżyłem tą ocenę względem jej obiektywnej wartości ale z powodów sentymentalnych nie mogłem po prostu postąpić inaczej)

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci