Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Jutro nie umiera nigdy" {Tomorrow Never Dies} (1997)

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

Jako, że w ubiegłym tygodniu wspomniałem wam o tym, że jestem niereformowalnym i nieuleczalnym fanem przygód Jamesa Bonda to wybaczcie, iż zamiast kontynuacji swego cyklu recenzji filmów nominowanych do Oscara (Chyba każdy szanujący się recenzent internetowy ma taki, więc ja absolutnie nie jestem wyjątkiem) czy nie napisałem jeszcze ani słowa na temat wyemitowanego parę dni temu pilotowego odcinka najbardziej niecierpliwie oczekiwanego przeze mnie  serialu ostatnich lat czyli "The Following" (Ale pewnie jutro się za to zabiorę, więc możecie się spodziewać, iż coś tam skrobnę). Dziś jednak jest dzień agenta 007 więc to na tym temacie postanowiłem się skupić i to nim właśnie się zajmiemy.

TND

Zacznijmy jednak od tego, że mimo wszelkich minusów (o których będzie jeszcze czas by krótko wspomnieć w dalszej części tego tekstu)  "Jutro nie umiera nigdy" mogło być bardzo dobrym filmem. Zawiera w sobie bowiem niemal wszystko co taka produkcja  posiadać powinna. Znajdziemy tu zatem kilka kapitalnych momentów (takich jak np. rewelacyjnie nakręcona sekwencja otwierająca, której akcja dzieje się na targu bronią albo scena zdalnej obsługi samochodu za pomocą telefonu komórkowego), niezłą grę aktorską (Bo choć do postawy Michelle Yeoh  można mieć dokładnie te same zastrzeżenia co do Izabelli Scorupco w ubiegłotygodniowym "Goldeneye" (Czyli o domniemanie, iż w jej angażu do tego cyklu nie chodziło w pierwszym rzędzie o kwestie merytoryczne a bardziej, że tak to eufemistycznie nazwę, "polityczną poprawność".) a aktorem, który najbardziej przyciąga naszą uwagę jest Jonathan Pryce to trzeba wspomnieć, że Pierce Brosnan radzi sobie coraz lepiej i zauważalnie pewniej w roli głównego protagonisty (Aż szkoda, że nie dane mu było wystąpić w większej ilości filmów niż cztery).), dobrze rozpisane postaci,  przepyszne onelinery ("drukują dzisiaj co popadnie") oraz, co najważniejsze bo zdecydowanie wyróżnia ten obraz od innych, mamy tu naprawdę interesujący koncept scenariusza, który w dobie postsowieckiej i potrzeby znalezienia naszemu protagoniście nowego wroga (Fakt, z którym borykał się już "Goldeneye".) znalazł sposób na przyciągnięcie uwagi widza polegający na skomentowaniu sytuacji z jaką mamy do czynienia w realnym życiu czyli wszechwładzy mediów, które roszczą sobie prawo do tego by raczej kreować rzeczywistość zamiast tylko ją opisywać i wyjaśniać (Myślę, że nie przypadkowo w głównym złoczyńcy Elliocie Carverze (brawurowo odegranym przez bawiącego się swoją rolą Pryce'a) doszukiwać można się podobieństwa, oczywiście rozrysowanego raczej markerem i pozbawionym delikatności bo jednak mamy tu do czynienia z kinem akcji a nie poważnym dramatem zagłębiającym się w fenomeny zjawisk i procesów rządzących naszym światem, do kontrowersyjnych metod działania i cech charakteru niezwykle kontrowersyjnej postaci- Ruperta Murdocha.).

I w tym momencie możecie się zastanawiać: Skoro jest tak dobrze, to dlaczego nie jestem do końca zadowolony? No cóż. Posiadanie właściwych elementów nie jest niestety gwarantem tego, że danie, które nam wyjdzie będzie smaczne i pożywne. Trzeba bowiem wiedzieć jak je umiejętnie dopasować. Roger Spottiswoode (Mimo, że przecież to spod jego ręki wyszło w swoim czasie "Air America", które mi się bardzo podobało) zdecydowanie tego nie potrafił,  skutkiem czego w gotowym produkcie zabrakło ciekawych postaci kobiecych ( Ani Teri Hatcher, ani tym bardziej przywoływana tu już Michelle Yeoh, mimo usilnych starań, nie mogą przeskoczyć scenariuszowych czy raczej powinienem powiedzieć wywołanych niedostatkiem warsztatowych umiejętności, ograniczeń), większego rozmachu a przede wszystkim ten obraz nie jest zapadający w pamięć na wystarczającym poziomie bym poczuł się usatysfakcjonowany (Oglądałem ten tytuł tyle razy, że powinienem pamiętać choć strzępki fabuły. Tak mam przy większości pozostałych pozycji wchodzących w skład tej genialnej sagi. W tym przypadku czuję się zaś jakbym oglądał coś kompletnie oderwanego od reszty i zawsze kiedy po seansie  próbuję sobie cokolwiek przypomnieć natrafiam na czarną dziurę. Ba! Przez długi czas byłem przekonany, że nigdy nie dotrwałem do zakończenia) i zawiera w sobie stanowczo zbyt wiele fragmentów, w których bez emocjonalnie przyjmuje się to co dzieje się na ekranie. 

Podsumowując. O takich produkcjach najtrudniej napisać coś mądrego. Jest to bowiem co najwyżej średni film, w którym brakuje czegoś na co można ponarzekać (Choć ja i tak znalazłem sposób. I'm that good!) czy momentów jakimi można się zachwycić. To jeden ze słabszych Bondów jakie w życiu widziałem i mam serdeczną nadzieję, że za tydzień po projekcji "Świat to za mało" (Produkcji zawierającej przede wszystkim niezwykle charyzmatycznego Roberta Carlyla i przepiękną Sophie Marceau) nie będę musiał naciągać oceny tylko dlatego, że mam do tej serii nieukrywalny sentyment. 

OCENA: 6/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci