Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Kolekcjoner" (2013)

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

Collector

Dziś nie będzie odgrzewania kotletów ani zapełniania miejsca zwiastunami tylko dlatego, że nie mam czasu na obejrzenie pożądnego filmu. Dziś skorzystamy z tego, że zrobiło się trochę luźniej i przyjrzymy się pewnej produkcji, która okazała się być zaskakująco zjadliwa. 

 

Ale zaczniemy od czegoś innego. Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że polscy dystrybutorzy wykazują się czasem podziwu godną kreatywnością i absolutnie zdumiewającą logiką. Dlatego fakt, że wprowadzono na ekrany sequel produkcji, której nadal nie można w naszym kraju oficjalnie obejrzeć (Nie, żeby było czego specjalnie żałować. Po pierwsze „Kolekcja” (pozwolicie, że dla większej klarowności wypowiedzi będę posługiwał się tą nazwą) nie jest bezpośrednią kontynuacją, de facto nie wymaga więc znajomości fabuły pierwszej części. Po drugie zaś muszę przyznać, że choć, omawiany tu już przeze mnie na tych łamach „The Collector” był całkiem udanym, klimatycznym filmem, jednak Ameryki żadną miarą nie odkrywał. A już nam pewno nie było to dzieło, po którym miało się wrażenie, że zżyliśmy się z bohaterami a opowiedziana nam historia potrzebuje kontynuacji. Nasuwa się tu analogia do serii „Piła”, całkiem apropos zważywszy na fakt, że reżyserami tej serii są jedni z twórców związanych ze wspomnianą franczyzą, klimat obu dzieł jest całkiem zbliżony a całość niewątpliwie miała być substytutem poczynań Johna Kramera, gdzie po bardzo dobrej pierwszej części i niemal równie dobrej (choć znacznie odbiegającej klimatem) dwójce, z każdym następnym epizodem seria pikowała coraz niżej pod względem prezentowanego poziomu (przyznaję się do tego, że sam wysiadłem z tego pociągu po części czwartej i z tego co słyszałem dalej absolutnie nie było lepiej)), a żeby jeszcze bardziej wszystko skomplikować postanowiono zmienić oryginalny tytuł na dosłowne tłumaczenie nazwy poprzednika nie wywołał we mnie jakiegokolwiek zdziwienia. W Polsce już nie takie rzeczy wyczyniano z filmami ( vide. przesunięcie premiery jednego z najbardziej oczekiwanych tytułów ubiegłego roku czyli .Prometeusza" tylko z powodu odbywającego się Euro.). A poza tym akurat na tą pozycję jakoś specjalnie nie oczekiwałem bo miałem wszelkie powody by przypuszczać, że mamy tu do czynienia z jakimś marnym jakościowo produktem, na który szkoda mojego czasu. Jednak słyszałem o tym tytule tak dobre opinie, i to w dodatku od osób po których absolutnie bym się tego nie spodziewał, że postanowiłem zaliczyć seans tej pozycji bo w końcu dobrych horrorów nigdy za wiele.

 

I wiecie co? Ani przez moment nie żałowałem swojej decyzji. Panowie Dunstan i Marcus odwalili bowiem kawał naprawdę solidnej roboty i pokazali jak należy kręcić bezpretensjonalne straszaki, które nie mają większych ambicji ponad zapewnienie widzom poczucia dobrze spędzonego czasu. Tak wiem! Będąc konsekwetnym powinienem pokazać jak bardzo nie lubię slasherów (czy ktoś zresztą może mieć co do tego jakiekolwiek wątpliwości) i ocenić tą propozycję niezwykle nisko. Ile bowiem razy mieliśmy do czynienia z historią, w której zamaskowany psychopata z jakichś mniej czy bardziej uzasadnionych powodów czychał na życie ludzi uwikłanych w jego brudną grę? Setki. A ile z nich było naprawdę dobrych i wciągających? No cóż. Można takie obrazy policzyć na palcach jednej ręki. Dlatego nie byłoby jakimś większym problemem wskazanie, że nie jest to dzieło szczególnie wysokich lotów, że brak tu klimatu zagrożenia (w zamian dostajemy akcję przywodzące na myśl serię „Resident Evil”, w którym zombie to po prostu ludzie nafaszerowani narkotykami jak indyk farszem na Święto Dziękczynienia), że mamy tu do czynienia z niezniszczalnym czarnym charakterem, który cało wychodzi z wszelkich tarapatów (Nawet ogień zdaje się go nie imać), że film zdecydowanie przeciągnięty i spokojnie mógłby się skończyć znacznie wcześniej, że niektóre wątki (takie jak retrospekcja głównej bohaterki o wypadku czy wątek przyjaciółki naszej bohaterki. Konia z rzędem temu kto wytłumaczy mi w kilku krótkich słowach jaki był sens tych scen) pasują tu jak piła mechaniczna do mieszania jogurtu, że da się tu zaobserwować zatrważająco wysoki poziomu scenariuszowych głupot (Takich jak otwieranie klatki za pomocą złamanej ręki), że opowiadana nam historia momentami nie ma sensu, że brak  logiki towarzyszy niektórym poczynaniom naszych bohaterów czy tego, że gra aktorska nie należy do najlepszych (Pozytywnie wyróżniają się tu chyba tylko Emma Fitzpatrick, która zdaje się być niezwykle sympatyczną osobą i udało jej się stworzyć postać jakiej aż chce się kibicować oraz znany nam już z poprzedniej odsłony Josh Stewart, który tak na marginesie jest jedynym aktorem z jedynki jaki zachował nam się w tej produkcji. Reszta obsady została tu zmarginalizowana do roli balastu i mięsa armatniego. Ba! Choć nie rzuca się to szczególnie w oczy, zważywszy na to, że i tak cały czas chodzi on z zasłoniętą twarzą to warto wspomnieć, że wymieniono nawet odtwórcę roli tytułowego kolekcjonera) . To wszystko prawda i nie będę udawać, że jest inaczej. Najważniejsze dla mnie jest jednak to, że dzięki, iż postawiono na sprawdzoną zasadę wszelkich kontynuacji, sprowadzają się do sparafrazowanego hasła olimpijskiego: szybciej, mocniej, krwiściej dzięki czemu już w jednej z pierwszych scen (konkretnie w tej widocznej na zwiastunie i dziejącej się w dyskotece) fundowana jest nam prawdziwa krwawa łaźnia dokonana na postaciach, których jedynym celem w życiu było to aby zginąć dla naszej przyjemności w możliwie jak najbardziej widowiskowy sposób a dalej opowieść nabiera tak szybkiego tempa, że nie ma kiedy się nudzić. Warto również podkreślić, że dostajemy tu całą masę dopracowanych i zróżnicowanych scen gore, czarny charakter, który działa na o wiele większą skalę niż w pierwowzorze oraz niezwykle niepokojące lokacje na czele z miejscem kaźni.

 

A tak swoją drogą to niezwykle zastanawia mnie jeden fakt. Czy nazwa wspomnianego lokum, w którym ukrywa się nasz antagonisty „Hotel Argento” jaką możemy dostrzec w niejednym ujęciu jest tylkon przypadkowym zbiegiem okoliczności, czy też mamy tu do czynienia z jakimś rodzajem hołdu złożonego temu panu. (Prawdę mówiąc to ta druga opcja, zważywszy na gatunek prezentowane przez to dzieło  wydaje mi się być bardziej prawdopodobna)

 

Podsumowując. Choć "Kolekcja" ogólnie rzecz biorąc mi się podobała, i którą mógłbym z czystym sercem polecić każdemu kto ma ochotę obejrzeć absolutnie niezobowiący film (Lepiej bowiem obejrzeć coś takiego niż np. nudne, monotonne i zdecydowanie przereklamowane "Igrzyska Śmierci") to jednak zdecydowanie rozsądniejszym wyjściem byłoby obejrzenie "Kolekcjonera", który w ogólnym rozrachunku podobał mi się o wiele bardziej. Mam serdeczną nadzieję, że omawiany tu dziś przeze mnie film stanowi końcowy akord tej serii (choć biorąc pod uwagę zakończenie wcale się na to nie zanosi) bo nie tylko jest ona i tak już  za długa o co najmniej jedną odsłonę ale po prostu dalsze ciągniecie tej historii byłoby po prostu bez sensu.

OCENA: 6/10

***

Tytuł: Kolekcjoner

Oryginalny: The Collection

Reżyseria: Marcus Dunstan

Scenariusz: Marcus Dunstan, Patrick Melton

Obsada: Emma Fitzpatrick, Josh Stewart, Erin Way, Christopher Mc Donald 

 Gatunek: Horror, Akcja

Kraj: USA

Czas trwania: 82 minuty

Trailer

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci