Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Mam na imię Bruce" {My name is Bruce} 2007

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

MNIB

Jako, że po tym czym uraczył nas Srdan Spasojevic swoim bezkompromisowym "Serbskim filmem" muszę odpocząć od mroczniejszego klimatu to dziś postanowiłem spróbować czegoś znacznie lżejszego. Z reguły w takich wypadkach sięgam do swojego prywatnego arsenału kina japońskiego po jakąś maksymalnie przegiętą produkcję, z jakich tamtejsi filmowcy słynął ale doszedłem do wniosku, że to mogłoby się okazać za mało (Zwłaszcza, że chyba najlepsze kąski już obejrzałem i teraz pozostałoby mi szukanie jakichś nowych). Dlatego właśnie postanowiłem, że "będziemy potrzebowali większej łodzi"  i zapodałem sobie film, na który ostrzyłem pazurki już od dawna, i który od momentu swojego powstania zdążył już obrosnąć niemałym nimbem pozycji kultowej. Film, w którym występuje legenda kina grozy, kojarzona przede wszystkim z kultową już kreacją Asha - głównego bohatera niezapomnianej serii "Martwe Zło" (Tak na marginesie przypominam, iż w tym roku szykowany jest remake, i że sądząc po zwiastunach (jakie prezentowałem na tych łamach w obfitej ilości więc wątpię abyście ich nie widzieli)  możemy dostać kawał niezłej rozrywki), czyli sam Bruce Campbell, który po tej produkcji i zaprezentowanym dystansem do samego siebie (Nie zapominajmy bowiem, że osobiście ten obraz wyreżyserował) dołączył do grona moich ulubionych bywalców srebrnego ekranu i absolutnie nie dziwię się, że zgromadził wokół siebie całą masę wpatrzonych w niego jak w obrazek fanów. Jest to bowiem aktor będący czystą charyzmą i przedstawicielem odchodzącego już niestety pokolenia niekwestionowanych królów ekranu (Takich jak Schwarzenegger, Stallone, Harrison Ford czy Bill Moseley), którzy może nie imponują warsztatem aktorskim ale przyciągają do ekranu nietuzinkową osobowością, magnetyzmem i niesamowitą lekkością z jaką podchodzą do odgrywanych przez siebie ról a oglądanie ich wyczynów to po prostu czysta przyjemność. I tak samo jest też tym razem.

Dostajemy tu bowiem cudowną, niezwykle urokliwą produkcję, który jest zwariowana już na poziomie podstawowego konceptu ( Choć tak między bogiem a prawdą to nie jest on niczym specjalnie nowym, bo wystarczy przypomnieć sobie choćby świetnych "Trzech amigos" czy  "Kosmiczną Załogę" aby zrozumieć, że to wyeksploatowany pomysł). Bruce Campbell gra tu bowiem... Bruce'a Campbella, gwiazdora niskobudżetowych filmów klasy Z, który z powodu niewielkiej pomyłki w identyfikacji (A konkretnie utożsamienia go z odgrywaną w filmach postacią) został porwany przez swojego największego fana i zmuszony do konfrontacji ze starożytnym chińskim demonem Guan Di zagrażającym spokojowi małego miasteczka Gold Lick. I choć jak na komediohorror to ten tytuł sprawdza się połowicznie, bo choć wątki komediowe stoją na naprawdę wysokim poziomie to bać tu się za bardzo nie ma czego (Zresztą jeśli spojrzymy na groteskowość potwora, który wygląda jakby uciekł z lat osiemdziesiątych, natychmiast zrozumiemy, że nie taki był zamiar twórców), aktorstwo innych postaci niż nasz tytułowy bohater nie przekonuje (choć Grace Thorsen w roli "standardowego obiektu zainteresowań" wypadła, według mnie całkiem dobrze), masa wątków (choćby wątek "prostytutka jako prezent urodzinowy") prowadzi donikąd  a atmosfera, choć moim zdaniem kapitalna, jest niezwykle specyficzna i nie każdemu się spodoba (Zwłaszcza jeżeli ktoś absolutnie nie trawi przerysowanego stylu gry aktorskiego, którego tu mamy pod dostatkiem zwłaszcza ze strony naszego protagonisty) to jednak jeśli przymknie się na to wszystko oczy to w zamian dostajemy naprawdę satysfakcjonujący seans, który doskonale wywiązuje się z powierzonego mu zadania czyli zapewnienia nam chwili przyjemnej bezpretensjonalnej rozrywki. A oto mi przecież chodziło prawda? Żeby móc zapomnieć o potwornych wytworach chorej wyobraźni Srdana Spasojevicia. Warto również zauważyć i podkreślić, że mamy tu także  do czynienia z pomysłowym kinem, wynikającym z absolutnego uwielbienia X muzy i puszczającym oko do klasyki horroru ( nawiązanie do ścieżki dźwiękowej Bernarda Herrmana z "Psychozy" Alfreda Hitchcocka).A poza tym jest tu przecież Bruce Campbell, który jak zawsze znajduje sposób by widz się nie nudził.

Podsumowując. Zastanawiacie się pewnie teraz, czy polecam ten film, czy też radziłbym nie zbliżać się do niego na odległość mniejszą niż sto kilometrów. Nie będę was dłużej trzymał w niepewności. Otóż moja odpowiedź brzmi: Nie wiem! Mimo, iż mi osobiście się podobało,  i że na pewno jest to dzieło bardziej przystępne dla przeciętnego widza niż wczorajsza propozycja to jednak mam przeczucie, że nie każdemu przypadnie do gustu.

OCENA: 7,5/10

***

Tytuł: Mam na imię Bruce

Oryginalny: My name is Bruce

Reżyser: Bruce Campbell

Scenariusz: Mark Verheiden

Obsada: Bruce Campbell, Ted Raimi, Grace Thorsen, Janelle Farber

Kraj: USA

Gatunek: Komedia, Horror

Czas trwania: 86 minut

Trailer

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci