Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

Poradnik Pozytywnego Myślenia {Silver Lining Playbook} (2012)

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

SLP

Kiedy tak rozpoczyna się filmowy rok to znak, że trzeba zdecydowanie zmienić oglądany repertuar. Na moment odstawimy więc horrory (Nie za daleko, tak byśmy mogli niedługo do nich wrócić) i przez najbliższych kilka dni przyjrzyjmy się kilku zdecydowanie bardziej udanym produkcjom, wybranych przeze mnie spośród tytułów mających w tym roku szansę na Oskara tak żebym 24 lutego nie musiał zarwać nocy bez potrzeby po to, aby przyglądać się zmaganiom, które mnie absolutnie nie ruszą. Zapewniam was jednak, że niektórych obrazów, takich jak np. "Lincoln" na pewno na mojej liście nie znajdziecie (Nie widzę bowiem żadnego powodu, dla którego miałbym katować się tym dziełem, które już po trailerach wygląda na niemiłosiernie patetyczne i do bólu politycznie poprawne, przypominające propagandowe produkcje z czasów nieświętej pamięci Związku Radzieckiego,  gloryfikowanie wielkości narodu amerykańskiego) Dobra! Wracamy do tematu i, aby było łatwiej później sięgnąć po propozycje cięższego kalibru, zapodajmy sobie film, za którym trzymałem kciuki podczas tegorocznego rozdania Złotych Globów oraz stanowiący jednego z głównych faworytów Oskarów (Najzupełniej zasłużenie jak się za chwilę przekonacie).  Przekonajmy się zatem czy było warto.

Jak zapewne zdązyliście już zauważyć wskutek uważnego śledzenia filmów, jakie znajdują się w spektrum moich zainteresowań, że nie jestem wielkim fanem takich sentymentalnych opowieści, do jakich należy to co serwuje nam tu David O. Russell. Wydawać by się wam więc mogło, że nie polubię "Poradnika Pozytywnego Myślenia". A tymczasem muszę was zaskoczyć (Ba! Sam jestem zdziwiony tym jak wielką frajdę miałem z tego seansu). To jest naprawdę bardzo dobry film, który w nienachalny, całkowicie nieschematyczny i niepozbawiony uroku sposób potrafi snuć gawędę o rodzącym się pomiędzy dwiema, ciężko doświadczonymi przez los, osobami. Bardzo duża w tym oczywiście zasługa niesamowicie wciągającego, wdzięcznie (choć, jak na mój gust, to chyba trochę zbyt powierzchownie) poruszającego temat problemów psychicznych, oraz przepojonego niezwykle pozytywnym klimatem scenariusz czy naprawdę dobrej dyspozycji aktorów w rolach drugoplanowych ( Bo choć  nominacja oskarowa dla Jackie Weaver to  dla mnie wciąż wielka zagadka to miło jest widzieć jak jeden z najlepszych aktorów w historii kina czyli Robert de Niro, dla którego był to w sumie pozytywny rok zważywszy na świetny występ w kapitalnym "Red Lights", wraca do naprawdę wysokiej formy po serii nie do końca udanych ról) to na największe słowa uznania zasługuje zdecydowanie najmocniejszy punkt tego dzieła czyli niesamowity Bradley Cooper (To był bez wątpienia dobry rok dla osób o tym nazwisku). Bez owijania w bawełnę mogę powiedzieć, że biorąc pod uwagę poziom prezentowany przez projekty, do których bywał do tej pory angażowany ( Czyli rzeczy pokroju "mega- ambitnego" "Kac Vegas"wielkich cudów się po nim nie spodziewałem,  a tymczasem jego kreacja była zaskakująco dobra i okazało się, że mamy do czynienia z naprawdę utalentowanym aktorem, który w niezwykle wiarygodny sposób wypada w roli osoby z psychicznym defektem ( Nie chcę się nad tym zagadnieniem rozpisywać ale uwierzcie mi, że mam w tym zakresie spore pole do porównań) i zasługuje na wszelkie możliwe nagrody.

Jest jednak pewien aspekt, drobiazg w zasadzie, na który koniecznie muszę zwrócić uwagę bo mało brakowało aby kompletnie zrujnował on w mojej ocenie cały wysiłek włożony przez świetną, co chce jeszcze raz podkreślić, ekipę. Ten drobiazg nazywa się Jennifer Lawrence. Przepraszam jeśli kogoś zaboli to co teraz powiem, bo przyznaję, że to naprawdę ładna dziewczyna, jej występ tu jest o niebo lepszy niż w niesławnym "Domu na końcu ulicy" czy "Igrzyskach Śmierci" a pomiędzy nią a Cooperem zdecydowanie da się wyczuć chemię. Po prostu mam wrażenie, że z prawie każdą inną aktorką ten film byłby po prostu pełniejszy i bardziej satysfakcjonujący, może nawet klasyczny.  Po prostu nie należę do grona jej wielkich fanów i absolutnie nie widzę w jej występach jakichkolwiek podstaw do twierdzeń o rzekomym niesamowitym potencjale jaki w niej tkwi i logicznych powodów tego, że cały świat się nią zachwyca (Nie wiem czy zauważyliście, ale przy okazji odeszliśmy od jedynego kryterium, który do tej pory się kierowałem czyli tego, że aktorka, która mi się fizycznie podoba musi być automatycznie świetnym warsztatowcem). Dla mnie jest ona co najwyżej średnio utalentowana, a oglądając ją na ekranie czuję się jakbym wciąż oglądał w jej wykonanią tą samą wkurzającą i odrobinę sukowatą bohaterkę ( Tak! Wiem, że nawet niektórym największym gwiazdom kina  na czele z samym Jackiem Nicholsonem można zarzucić, że grają po prostu "siebie na zadany temat" (Jak to kiedyś ładnie ujęła moja koleżanka). Tylko, że im to jakoś zgrabniej wychodzi).

Podsumowując. Zdaję sobie sprawę z tego, że mimo całej masy entuzjastycznych głosów dzieło Davida O. Russella nie jest niczym przełomowym (Kudy mu tam do rewelacyjnych "500 dni miłości" Marca Webba), na długo w mej pamięci nie zagości i szczerze mówiąc spodziewałem się czegoś zdecydowanie lepszego. . Jednak co z tego? Liczy się bowiem fakt, że potrafił on mnie wzruszyć, poruszyć i w pewien sposób zmusić do myślenia, a zapewniam was, że nie każdej podobnej historii taka sztuka się udaję. I dlatego absolutnie nie żałuję swojego wyboru i życzę tej produkcji powodzenia na Oskarach bo na to bezdyskusyjnie zasługuje. 

OCENA: 8/10

 

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci