Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Siedmiu Psychopatów" {Seven Psychopaths} (2012)

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

SP

Nie będę ukrywał, że długo i niecierpliwie czekałem na możliwość obejrzenia najnowszej produkcji Martina McDonagha, twórcy odpowiedzialnego za kapitalne "In Bruges" czy też, jak chcą nam wmówić polscy tłumacze "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj", (Które, tak na marginesie, mogę polecić każdemu kto lubi dobre inteligentne kino) czyli dzieła przepełnionego tak urzekającym klimatem i zawierającego taką dawkę bardzo dobrych kreacji aktorskich (Zwłaszcza w wykonaniu Colina Farrella), że z miejsca awansowało do eksluzywnego grona najlepszych filmów, jakie zdarzyło mi się w życiu widzieć. Nie możecie się zatem dziwić, że moje oczekiwania w stosunku do najnowszego obrazu (Tym bardziej jeśli przypomnicie sobie, że pod względem formy uznanych przeze mnie twórców i poziomu prezentowanego przez ich dzieła  to, może poza Rodrigo Cortesem oraz jego świetnym "Red Lights", ubiegły rok raczej mnie nie rozpieszczał) były niebotycznie wysokie i niezwykle łatwo mogło przyjść kompletne rozczarowanie. Trudno bowiem dorównać perfekcji, a przywoływany już przeze mnie tytuł był w mojej ocenie czystym absolutem. Mimo wszystko jednak postanowiłem dać mu szansę, zwłaszcza, że słyszałem o nim masę entuzjastycznych opinii. I wiecie co? Zdecydowanie było warto.

Powiem to od razu, aby później nie było nieporozumień. Martin McDonagh absolutnie nie wypadł z formy, a można by nawet zaryzyzykować twierdzenie, że wykonał duży krok w przód. "Siedmiu Psychopatów" to bowiem niesamowicie wciągające i inteligentnie rozpisane dzieło, udany przedstawiciel postmodernizmu a przede wszystkim o wiele lepszy film niż poprzednik. Jedyne czego po seansie żałuję to po pierwsze, że nie trwał dłużej bo kompletnie wsiąkłem w jego atmosferę, a po drugie, iż nie zdecydowałem się na wizytę w kinie wtedy kiedy grasował on na naszych ekranach wskutek czego nie mogłem go uwzględnić w swoim podsumowaniu ( Bo jeśli mam być szczery to jestem stuprocentowo przekonany, że zająłby on pierwsze miejsce). Nie tylko bowiem powtarza ona, tak charakterystyczny dla swojego twórcy, urzekający klimat, ale przede wszystkim mamy tu do czynienia z wzorcowo poprowadzaną, kompletnie nieprzewidywalną, obfitującą w zwroty akcji i na swój sposób nostalgiczną fabułą ( Dlatego, jeśli pozwolicie, nie będę za bardzo wgłębiał się w szczegóły aby nie odbierać wam przyjemności wynikającej z rozkoszowania się przyszykowanych przez świetny scenariusz niespodzianek. Powiem więc tylko, że bardzo podobał mi się pomysł uczynienia bohaterem scenarzysty (W tej roli ulubieniec reżysera czyli Colin Farrell, który niestety nie ponawia swej formy z poprzedniego efektu współpracy obu panów i tym razem daje się przyćmić Samowi Rockwellowi, który chyba nadaje się do ról zwichrowanych osobników lepiej niż ktokolwiek inny, bo przecież dokładnie to samo miał przecież do zagrania w "Autostopem przez Galaktykę" czy "Naciągaczach" i przyznaję, że świetnie mi się go w takich rolach ogląda) dzięki czemu cała intryga odbywa się na dwóch pozornie do siebie płaszczyznach (coś ala "Sucker Punch" tylko, że zdecydowanie lepiej i z większym wdziękiem zrobione) i nabiera takiego sznytu  meta.), niejednowymiarowymi postaciami (Choć muszę uczciwie przyznać, że brak tu wyrazistych postaci kobiecych. Ani Abbie Cornish, ani tym bardziej Olga Kurylenko czy Gabourey Sidibe (grająca w sumie chyba tylko w jednej scenie)  nie dostały tu bowiem, poza nielicznymi i niewiele znaczącymi kwestiami, jakiejkolwiek szansy na wykazanie się umiejętnościami aktorskimi przez co ich obecność sprawia wrażenie jakby zostały zatrudnione wyłącznie jako tzw. "paprotki" czyli ich jedynym atutem była jedynie niezaprzeczalna uroda. Zresztą jeśli byśmy spojrzeli na sprawę bardziej holistycznie to niewątpliwie dojdziemy do wniosku iż McDonagh po prostu nie umie budować postaci kobiecych. Wszak z wspominanego tu już "In Bruges" czy wcześniejszego, teatralnego jeszcze "Samotnego Zachodu" (Swoją drogą bardzo dobra sztuka) również nie potrafię przywołać jakiejkolwiek wyrazistej bohaterki), świetną grą aktorską (Wspominany tu już Rockwell, świetny w roli czarnego charakteru Harelson,  wyrazisty Tom Waits, wyśmienity jak zawsze Christopher Walken) całą masą błyskotliwych dialogów o niczym, przemocą ukazaną w stylu braci Coen oraz czystą przyjemnością wynikającą z oglądania.

Podsumowując. Po takich filmach jak ten widać jak na dłoni, czy to się komu podoba czy nie (Tak szanowna Akademio! Patrzę na ciebie! Do dziś bowiem nie rozumiem jak można było uznać dobrego aczkolwiek nie przełomowego "Forresta Gumpa" za lepszą produkcję od dzieła, które cytuje cały świat, i które stanowi punkt odniesienia dla coraz to nowych adeptów sztuki filmowej. Przepraszam za to, zużyte już chyba do cna, porównanie ale to trochę przypomina wygraną "Mojej Zielonej Doliny" nad arcydziełem Orsona Wellesa czyli "Obywatelem Kanem") ile dla rozwoju kina uczynił Quentin Tarantino i jego arcygenialne "Pulp Fiction". A skoro tak to nie możecie się dziwić, że "Siedmiu Psychopatów" utrafiło w mój gust i będzie częstym gościem na moim ekranie.

OCENA

Aktorstwo: 10/10

Scenariusz: 10/10

Montaż: 10/10

Sprawy techniczne: 9/10

Walory estetyczne: 9/10

OGÓLNA OCENA: 9,6 /10

***

Tytuł: Siedmiu Psychopatów

Oryginalny: Seven Psychopaths

Reżyser: Martin McDonagh

Scenariusz: Martin McDonagh

Obsada: Colin Farrell, Abbie Cornish, Sam Rockwell, Olga Kurylenko

Gatunek: Komedia kryminalna

Kraj: Wielka Brytania

Czas trwania: 109 minut

Trailer

 

 

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci