Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

WFZ odcinek 6 (rok 2012 część 6 odc. 2) Moja własna Sylwestrowa Noc Filmowa (A Fantastic Fear of Everything, Zjawy)

bradesinarus
Uff! Mój maraton powoli dobiega końca! Jednak za nim będę mógł zasiąść do sporządania listy podsumowującej wszystko to co się w ubiegłym roku wydarzyło to czeka nas jeszcze wizyta u zwichrowanego pisarza cierpiącego na różnego rodzaju fobie oraz zjawy straszące gwiazdeczki filmów dla nastolatek.

A Fantastic Fear of Everything

AFFOE

Reżyseria: Crispian Mills

Scenariusz: Crispian Mills

Obsada: Simon Pegg, Amara Karan, Clare Higgins, Alan Drake

Kraj: Wielka Brytania

Gatunek: Komedia

Czas trwania: 100 minut

Trailer

Myślę, że nikogo nie muszę przekonywać (bo pisałem już o tym nie jeden raz), że na produkcjach z Wielkiej Brytanii (a zwłaszcza na tamtejszych absurdalnie zakręconych komediach, takich jak "Wysyp Żywych Trupów", serial "Spaced" czy jakiekolwiek dzieło z pod ręki "Latającego Cyrku Monthy Pythona") bawię się wybornie i raczej się nie zawodzę(Choć zdarzają się wyjątki takie jak np. kompletnie nieudane "Freak Dog"). Brytyjskich twórców, którzy zgodnie z obowiązującym stereotypem mieszkańca wysp powinni być raczej pozbawionymi poczucia humoru, śmiertelnie nudnymi flegmatykami, cechuje bowiem niesamowita zdolność lekkiego podejścia do nawet najtrudniejszych spraw i niesamowita kreatywność.

Pozwólcie więc, że po tym nieco przydługim wstępie przedstawię wam obraz, który na ostatnich niemal centymetrach przed metą najmocniej namieszała na mojej liście. Oto "Fantastyczny lęk przed wszystkim" kolejny film na naszej liście o pisarzu, któremu trochę odbiło (Choć jest to zdecydowanie ostrzejszy przypadek niż w omawianym tu już "Ruby Sparks") i kolejny, który całkowicie widza pochłania. Największa w tym oczywiście zasługa doskonałej kreacji Simona Pegga (Aktora dysponującego ogromną "vis comica" o czym mogliśmy się przekonać oglądając chociażby, wzmiankowany na wstępie, "Wysyp Żywych Trupów". Aż szkoda, że jego ekranowi partnerzy nie dorównują mu w aktorskiej klasie choćby w połowie), na którego wątłych barkach reżyser postanowił osadzić cały ciężar tej produkcji, a który wzorcowo sobie z tym poradził tworząc jedną z najlepszych kreacji bieżącego roku ale nie można też zapominać o przypominającym chory świat Tima Burtona otwarciu, które doskonale wprowadza nas w fantastyczność i kompletną nieprzewidywalność tego co następuje później (Nie chcę wam za dużo zdradzać ale twórczość amerykańskiego reżysera wydaje się być kluczem do lepszego rozumienia tej produkcji) oraz urzekającej i niezwykle klimatycznej stronie wizualnej (Takie obrazy jak oko w ustach zdecydowanie na długu zapadają w pamięć)

Podsumowując. To zdecydowanie jeden z najbardziej niedocenionych filmów roku, w którym  Crispianowi Millisowi udało się stworzyć naprawdę interesujące i dalekie od patosu oraz nadmiaru dramatyzmu wysmakowane  studium pogłębiającej się paranoi. Jedna z tych propozycji, które z czystym sercem mógłbym polecić każdemu szukającemu czegoś niekonwencjonalnego do obejrzenia.

OCENA: 8,5/10

***

Zjawy

App

Tytuł Oryginalny: The Apparition

Reżyser: Todd Lincoln

Scenariusz: Todd Lincoln

Obsada: Ashley Green, Tom Felton, Julianna Guill, Sebastian Stan

Kraj: USA

Gatunek: Horror

Czas trwania: 82 minuty

Trailer

Ten film to nic specjalnego i mam tego pełną świadomość. Wybrałem go jednak do obejrzenia w tym dniu bo uznałem, że na koniec tak owocnego i satysfakcjonującego maratonu, w którym zabrakło produkcji nudnej i mało interesującej (Najbliżej była temu mianu "Uprowadzona 2" czyli marna namiastka rewelacyjnego filmu Pierre'a Morela) przydałoby się coś tak złego bym mógł sobie choć przez chwilę ponarzekać. I wtedy właśnie przypomniałem sobie, że w zakamarkach pamięci kryją  się "Zjawy"- debiutancki film Todda Lincolna z kojarzoną głównie ze "Zmierzchu" Ashley Green; z Tomem Feltonem który karierę zrobił w oparciu o swoją rolę Draco Malfoya w "Harry'm Potterze" (Choć on akurat wypada tu co najmniej przyzwoicie) oraz masą innych pięknych buziek o zerowych umiejętnościach aktorskich. Pomyślałem więc: Co może być lepszym wyborem w takiej sytuacji?

I wiecie co? To był zdecydowanie dobry wybór. Bo choć w ogólny rozrachunku "Apparition" jest o wiele lepszą i bardziej angażującą produkcja niż takie, dajmy na to, "Paranormal Activity" (Co, umówmy się, nie jest jakimś wielkim wyczynem)  to jednak w mojej ocenie mamy tu koncertowo i konsekwentnie zmarnowany dobry pomysł a to w moich oczach grzech gorszy od zabójstwa. Bo przyznam się szczerze. Sama historia w niej zawarta, wygląda tak intrygująco (Trudno żeby było inaczej skoro mamy w niej tajemnicze eksperymenty parapsychologiczne, niedopowiedzenia, mroczne zakończenie i masę niepokojącego klimatu doprawionego świetnym podkładem muzycznym), że aż chciałoby się by ten projekt zamiast w rękach kompletnego dyletatanta wylądował u kogoś kto ma jakiekolwiek pojęcie o kinie grozy a przede wszystkim kto ma odwagę by zamiast skupiać się na tak istotnych szczegółach jak kolejna arcypotrzebna scena prysznicowa kręcić mocne kino. Kogoś takiego jak choćby Mike Flanagan (Twórca, który za małe pieniądze potrafił zrobić świetną "Absentię") albo Ti West (Odpowiedzialnego za Innkeepers).  gdyby  I oczywiście gdyby w obsadzie znajdowali się aktorzy, którzy umieją grać a nie pozbawione jakichkolwiek cech charakteru gwiazdeczki pokroju Ashley Greene, która może i jest ładna (choć to oczywiście względna kwestia) ale warsztatowo stoi mniej więcej na poziomie kostki brukowej (Bez obrazy dla kostki). Wtedy może wyszło by z tego coś więcejTylko co z tego? Co się stało to się nie odstanie (Chyba, że ktoś wpadnie na pomysł remaku)

Podsymowując. Ogólnie mówiąc nie lubię historii o duchach ale w mojej ocenie "Apparition" miało ogromne możliwości, żeby ten stan rzeczy zmienić. Niestety wolało pozostać słabym obrazem, którego obejrzenia raczej nikomu bym nie polecał.

OCENA: 4/10

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci