Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Wkraczając w pustkę" {Enter the Void} (2009) czyli Postmodernizm na sterydach

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

etv

Bałem się tej pozycji. Wiedziałem, że muszę kiedyś ją obejrzeć (zwłaszcza, że wam to obiecałem już jakiś czas temu) ale ten fakt napawał mnie takim strachem przed tym co zobaczę (Słyszałem bowiem o tym dziele to i owo więc wiedziałem z czym mniej więcej mogę mieć do czynienia. Poza tym próbowałem już kilka razy zacząć seans ale szalone napisy początkowe skutecznie mi to uniemożliwiły), że starałem się maksymalnie odwlec  moment, w którym będę musiał zapoznać się z całością. Jednak już dłużej nie można było czekać. Zapnijcie więc pasy bo czeka nas ostra jazda.

Kompletnie nie wiem jak ocenić to co widziałem. I piszę to najzupełniej serio, jako widz nie gardzący wszelkiego rodzaju ekstremą w rodzaju "Serbskiego Filmu", daleko posuniętego postmodernizmu, cudownej rozkoszy na pograniczu kiczu jaką serwuje nam kinematografia japońska oraz zadeklarowany formalista (przypominacie sobie moją notkę o sztuce teatralnej "Iluzje"?). Jednak teraz mam w głowie kompletny mętlik. Twórca tego dzieła jest więc albo geniuszem rewolucjonizującym sztukę filmową i dostarczył nam skończone, niezaprzeczalnie wyraziste arcydzieło, albo nadętym i pretensjonalnym bubkiem, przedstawicielem tego samego "pseudoartystycznego" nurtu, do którego należy David Lynch (Przy całym moim nieskrywanym szacunku do tego pana). Mamy tu bowiem do czynienia z klinicznym przypadkiem kierunku uważającego, że opowiadanie prostych i logicznych historii jest poniżej poziomu godności twórcy, wszak w kinie chodzi głównie o to aby maksymalnie utrudnić widzowi jakikolwiek odbiór prezentowanych treści i serwowanie nam w zamian istnej drogi przez mękę w postaci nieczytelnego, eklektycznego i mętnego bełkotu ubranego w pozory głębi. Nie ma innej drogi. Albo się taką estetykę kocha albo się jej nienawidzi.

Zresztą chyba nie możemy się dziwić. W końcu mamy tu do czynienia z tytułem, który wyszedł z pod ręki Gaspara Noe, jednego z najbardziej wyrazistych twórców współczesnych czas, którego mottem może być tytuł jego pełnometrażowego debiutu "Sam przeciwko światu". Człowieka, który tworzy obrazy ekstremalne, czego przykładem może być jego najsłynniejsze dzieło czyli niesamowicie kontrowersyjne "Nieodwracalne" (Któremu, tak na marginesie, również mam w planach się kiedyś przyjrzeć.). Reżysera, który nie liczy się z odczuciami widza i konsekwentnie podąża swoją drogą, na której nie ma żadnej taryfy ulgowej.

Dostajemy więc dzieło oszałamiające wizualnie, nie pozbawione swoistego wdzięku i stanowiące warsztatowy majstersztyk ( Zwłaszcza jeśli chodzi o zobrazowanie narkotycznych wizji, frenetyczny montaż czy cudowną kolorystykę. Chyba rzeczywiście prawdą jest zasłyszana przeze mnie kiedyś opinia, że gdyby panu Noe dać na ten film budżet porównywalny z tym jaki otrzymał "Avatar" mielibyśmy do czynienia z arcydziełem, które przeniosło by nas w czasie i obudzilibyśmy się za dziesięć lat) ale koszmarnie ciężkie do podążania za perypetiami bohaterów (Których też, tak na marginesie nie można nazwać sympatycznymi i zachęcającymi do emocjonowania się ich losem. Ukazywane bowiem środowisko składa się wyłącznie z narkomanów (grany przez świetnego Nathaniela Browna Oscar nasz protagonisty), prostytutek ( kreowana przez Paz de la Huertę Linda, siostra naszego protagonisty) i zboczeńców (cała reszta)). A tak swoją drogą to w tej chwili żałuję, że wybrzydzałem przy "Kac Wawie", która w porównaniu z tą chorą sieczką wygląda całkiem klarownie.  Tu mamy natomiast do czynienia z czymś, co można by nazwać "Memento na sterydach" {Albo ekranizacją mojego bloga}. Narracja miota się jak nekrofil w kostnicy i nawet nie stara się zachować jakiejkolwiek spoistości będąc wciąż zakłócaną przez całą masę retrospekcji(do tego stopnia, że już w pewnym momencie nie wiedziałem kiedy i gdzie dokładnie dzieje się akcja), kilkoma powrotami do ukazanych nam już wcześniej wydarzeń, które widzimy z innej perspektywy (Takie jak np. śmierć głównego bohatera) i wątki upchniętę bez jakiegokolwiek związku przyczynowo skutkowego. Kuriozum, które wywołuje autentyczny ból głowy (Wciąż tu bowiem coś błyska i stroboskopowo miga) oraz absolutnie odstręcza od myśli dokończenia tego filmu. 

Podsumowując. "Wkraczając w pustkę" to dzieło, dla niezwykle wyrobionego odbiorcy (albo pozerów, który uważają, że oglądając filmy, których nikt inny nie rozumie, są wyjątkowo elitarni) któremu nie straszny jest kompletny bałagan. Obraz, którego tak jak już mówiłem nie potrafię ocenić, bo wymyka się jakiejkolwiek szufladce i jednoznacznemu zaszeregowaniu. Tytuł, który każdy powinien obejrzeć, bo nie tylko niełatwo o nim zapomnieć ale przede wszystkim po to aby sklasyfikować go według własnych odczuć.

OCENA: 9/10

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci