Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Cashback" (2006)

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

Cashback

Choć do tej pory nie miałem przyjemności zetknięcia się z twóczością Seana Ellisa (sądząc po poziomie zaprezentowanym przez to dzieło, wydaje mi się, iż trzeba będzie nadrobić zaległości) to jednak muszę powiedzieć, że do obejrzenia tej produkcji przymierzałem się już od dość dawna. I wcale, jak moglibyście przypuszczać, nie dlatego, że w małej roli, epizodzie wręcz,  występuje tu Jared Harris, którego uważam za jednego ze swoich ulubionych aktorów. Ani nawet nie dlatego, że jestem zaintrygowany obecnością nagiej, ładnej dziewczyny, która tak na marginesie pojawia się w tym filmie przez góra dwadzieścia sekund,  na prezentowanym wam tu plakacie Powód jest o wiele bardziej prozaiczny. Jak zdążyli już pewnie zauważyć (nie da się na to bowiem nie zwrócić uwagi)  jestem niereformowalnym poszukiwaczem i entuzjastą inteligentnego, pomysłowego kina nie pozbawionego artystycznej kreatywności, frenetycznego montażu, niekonwencjonalnych historii, sympatycznych bohaterów, urzekającego klimatu czy przede wszystkim umiejętnego bawienia się obrazem. 

Nie wiem dlaczego ale podczas oglądania snutej przez reżysera opowieści, pewnie to przez tę atmosferę wszak, tak między bogiem a prawdą, pod względem czysto fabularnym mamy tu do czynienia z zupełnie różnymi produkcjami, które niewiele mają punktów wspólnych,  przypomnieli mi się świetni węgierscy "Kontrolerzy".  Dostajemy tu bowiem historię studenta, który po rozstaniu z dziewczyną zakłada znany portal internetowy... Ups! Zły film! (Wiem to było zabawne jak pożar w sierocińcu, ale nie mogłem się powstrzymać. Oto co robi z człowiek przedawkowanie zaglądania na stronę bez skonsultowania się z lekarzem, bądź farmaceutą)  Tutaj nasz bohater, o imieniu Ben, zafascynowany pięknem kobiecego ciała (Nie on jeden...)  zaczyna po tym zdarzeniu cierpieć na bezsenność. Aby przeżyć każdą nieprzespaną noc (wyprowadza się na Alaskę. Przepraszam. Obiecuję, że to był ostatni raz) postanawia zatrudnić na nocną zmianę w jednym z lokalnych hipermarketów, gdzie spotyka pozytywnie zakręconych ludzi, którzy próbują zabić czas podczas ośmiogodzinnych zmian.  

Jednak "Cashback" mimo, że niewątpliwie posiadający wszelkie potrzebne predyspozycje do tego, aby stać się wydarzeniem na miarę "Antiviralu", czy, na wzór kapitalnych "500 dni miłości", zredefiniować skostniały gatunek komedii romantycznych, trochę mnie rozczarował. Co z tego bowiem, że zapewnia masę frajdy z oglądania, ma zachęcający do ponownego obejrzenia niezaprzeczalnie angielski urok i wdzięk, jest inteligentny, wciągający, bardzo dobrze zrealizowany i przekonująco zagrany (delikatne uwagi mógłbym mieć co najwyżej do odgrywającego główną rolę Seana Biggerstaffa, który wydaje się nie mieć wystarczającej ekranowej charyzmy by, jak to zrobił chociażby Jesse Eisenberg w, obejrzanym przeze mnie ostatnio po raz kolejny i wciąż nie przestającym mnie zachwycać,  "Social Network" (Tak na marginesie to chyba nie przestanie mnie zadziwiać, jakim cudem, przy takim kandydacie (A przypominam, że był to pod względem filmowym chyba najlepszy rok od jakiegoś czasu bo wyszedł w nim również genialny "Czarny Łabędź") Amerykańska Akademia Filmowa uznała co najwyżej poprawne "Jak Zostać Królem" za obraz wart nagrodzenia Oscarem. Ale cóż! Tak się kończy kierowanie się przy wyborach osobistymi sympatiami i antypatiami a nie merytorycznymi przesłankami) sprawić bym do końca uwierzył w jego rolę), daleki od taniego sentymentalizmu oraz posiadą tą lekką nutkę nostalgii, znaną z produkcji Wesa Andersona (zwłaszcza w momentach przeszłość protagonisty i jego sercowe perypetie). Co z tego, że zawiera soczyste i żywe dialogi, że ścieżka dźwiękowa wydaje się być idealnie dopasowana, że  bohaterowie są naprawdę sympatyczni i autentycznie wiarygodni w swych dziwactwach a obowiązkowy wątek miłosny nie drażni ( I wybacz mi, że to powiem "Poradniku Pozytywnego Myslenia", bo naprawdę ująłeś mnie za serce i w ogóle, ale to właśnie w osobach Emilii Fox i Seana Biggerstaffa widziałem  w tym roku najbardziej dopasowaną i emanującą niesamowitą chemią ekranową parę, w której powodzenie aż chce się wierzyć). Po jego obejrzeniu ma się bowiem wrażenie niedosytu, niedostatecznego poziomu szaleństwa, tego, że niektóre sceny (jak np. wątek ze striptizerką), choć przyjemne w oglądaniu to w ogólnym rozrachunku okazują się nie być niczym innym, jak tylko wypełniaczem czasu,  oraz czuje się, iż nie do końca wykorzystany zawarty w tej historii potencjał, bo twórcy chyba trochę przestraszyli się tego co mogą osiągnąć więc postanowili zdecydowanie złagodzić jego wymowę serwując nam chyba najbardziej sztampowe szczęśliwe zakończenie z możliwych. I choć nie mogę powiedzieć, że nie pasuje ono do ogólnej koncepcji, czy nie wynika w logiczny sposób z tej historii to jednak nie lubię, kiedy filmowcy idą na łatwiznę, a tego przypadku absolutnie nie umiem nazwać inaczej. Myślę, że wyjaśnieniem może (choć nie musi, wszak ciężko mi się na ten temat wypowiadać, skoro nie widziałem pierwowzoru) tu być jednak fakt, że, tak jak to miało miejsce w przypadku omawianego tu już "Excision" mamy tu do czynienia z pełnometrażowym rozwinięciem krótkometrażówki i po prostu czysto mechanicznym przeniesieniem tamtego zwieńczenia. 

Podsumowując. Mimo wszystkich moich uwag zachęcam was do sięgnięcia w wolnym czasie po tę pozycję. Jeżeli bowiem przymkniemy oko na kilka fałszywych nut, niewątpliwie dostrzeżemy, że dzieło Seana Ellisa ma naprawdę dobry, wciągający klimat, a przede wszystkim naszym oczom ukaże się fakt, jaki to niegłupi i interesująco zrobiony kawałek uroczego filmu o uczuciach. 

OCENA: 8/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci