Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"John dies at the end" 2013 czyli najlepsza produkcja roku lub weekendu z ekranizacjami odsłona 3.

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

jdate

Już niejednokrotnie dawałem na swoim blogu wyraz temu, że najbardziej ze wszystkiego lubię obcować z filmami szalonymi, balansującymi na granicy surrealizmu (tak jak chociażby uwielbiane przeze mnie cudownie kiczowate japońskie pozycje pokroju "Vampire Girl vs. Frankenstein Girl"), wykraczającymi poza sferę ogólnie przyjętej normalności w kwestii poruszanych tematów (Niezapomniany "Serbski Film" czy świetne ubiegłoroczne "Excision"), zdumiewających formą i niesamowicie poschizowanych (stąd się pewnie wziął mój podziw dla takich twórców jak Rob Zombie albo David Lynch, którzy potrafią kreować niepokojąco odrealniony klimat) a przede wszystkich będących emanacją zdumiewającej kreatywności. Mógłbym tak godzinami zarzucać was tytułami, które swym niesamowitym klimatem po prostu wbiły mnie w fotel, a i tak nie wymienię pewnie nawet połowy (przykładowo teraz zapomniałem o "In The Mouth Of Madness" czyli jednej z moich bezapelacyjnie ulubionych pozycji nie tylko w dorobku  Johna Carpentera, ale w całym gatunku zwanym horrorem) Nie możecie się zatem dziwić, że film Dona Coscarelli (reżysera, którego nazwisko powinno być bliskie każdemu miłośnikowi kina grozy za stworzenie czegoś tak fantastycznego jak "Phantasm"), zwłaszcza biorąc pod uwagę  ten kapitalny zwiastun, który umieszczałem tu wczoraj, przy okazji narzekania na słabość fabularną "Życia Pi" po prostu musiał znaleźć się na mojej liście najbardziej oczekiwanych produkcji roku. 

"John dies at the end" to ekranizacja, kultowej w niektórych kręgach i uważanej za niemożliwą do zekranizowania książki Davida Wonga (i muszę dodać, że w moim odczuciu Coscarelli zawstydził i ośmieszył Anga Lee, który jak mieliśmy się okazję o tym wczoraj przekonać, zupełnie nie poradził sobie z wyzwaniem przeniesienia na taśmę filmową książki Yanna Martela tworząc coś  kompletnie pozbawionego życia, pokazując mu jak do takich rzeczy należy się zabierać) opowiadającej o przygodach dwójki młodych ludzi Davida i Johna, którzy zajmują się polowaniem na różne nadprzyrodzone byty (Przychodzi mi na myśl taki jeden mało znany serial, do którego zabieram się już od dłuższego czasu ale z  jakiegoś powodu nie mogę swoich zamiarów wprowadzić w czyn. Zwie się on chyba "Supernatural" czy jakoś tak, więc może go kojarzycie.). Pewnej nocy  wchodzą oni w posiadanie tajemniczego narkotyku zwanego "Sosem sojowym" działającego jak pasożyt, który poszerza świadomość, pozwala czytać w myślach, widzieć jednocześnie przeszłość i przyszłość (umiejętność godna Obserwatorów z serialu "Fringe") ale przede wszystkim umożliwia dostrzeżenie, że nasz świat nie jest do końca taki jaki się wydaje oraz uruchamia łańcuch zdarzeń, które zdają się prowadzić do nieuchronnego końca świata.

I wiecie co? Muszę przyznać, że po seansie nie wiem czy jest sens w tym, aby oglądać jakiekolwiek inne produkcje skoro czuję, że widziałem już tę, która była absolutnie najlepsza. (Choć mimo wszystko nadal czekam na fantastycznie zapowiadające się "Lords of Salem" i  "Evil Dead").  Bo choć nie da się ukryć, że film, idąc z duchem czasu i panującym trendem postmodernizmu, całymi garściami czerpie z klasyków gatunku takich jak chociażby rewelacyjny "Nagi Lunch", "Fright Night" (Może to tylko moje skojarzenie ale widząc postać Dr. Marconiego w wykonaniu Clancy'ego Browna zaraz przychodził mi na myśl Peter Vincent) oraz Lovecraftowskiej mitologii Wielkiego Cthulhu (sądząc po wyglądzie finałowego potwora to właśnie w twórczości "Samotnika z Providence" należy szukać źródeł inspiracji) to jednak trzeba przyznać, że prezentowana nam historia tylko na tym zyskuje. Kapitalny scenariusz, napisany przez samego Coscarelli, w zadziwiajaco udany sposób łączy wątki komediowe z czytstym horrorem i sprawia, że przedstawiona nam opowieść jest zaskakująca, niesamowicie wciągająca (Do tego stopnia, że kompletnie nie odczuwałem upływu czasu i kiedy przyszły napisy końcowe moją reakcją było "To już?", bo miałem wrażenie jakbym zasiadł do niego góra dziesięć minut temu), maksymalnie zakręcona, cudownie oniryczna, rozkosznie absurdalna, ani na moment nie zwalniająca szalonego tempa oraz zostawiająca nas z ogromnym niedosytem bo chciałoby się wciąż więcej i więcej. 

Myślę, że tak na koniec należałoby też wspomnieć o świetnej grze aktorskiej Paula Giamatti, Chase'a Williamsona, Douga Jonesa czy Clancy'ego Browna (Choć ma się wrażenie, że potencjał granej przez niego postaci jest chyba nie do końca odpowiednio wykorzystany), mrugnięcie okiem do widzów w postaci cameo Angusa Scrimma (czyli kultowego Tallmana. I nie chodzi mi tu o rozczarowującą produkcję Pascala Laugiera), świetnych efektów specjalnych (robionych bez nad używania komputera) oraz urodzie grających tu aktorek (mimo, że ich rola w tej fabule była tak marginalna, że właściwie równie dobrze mogłoby ich nie być) czyli Allison Weissman i Fabianne Therese wyglądających jak spełnienie moich najskrytszych, fetyszystycznych marzeń.

Podsumowując. Myślę, że nie może być absolutnie żadnych wątpliwości co do tego, że choć "John dies at the end" to specyficzna produkcja, która nie każdemu się spodoba ( Bo ma całą masę momentów wydających się totalnie pozbawionych jakiegokolwiek sensu) to jednak obraz Dona Coscarelli utrafił w mój gust i z miejsca stał się poważnym kandydatem do tytułu najlepszego filmu roku.

OCENA: 9,5/10

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci