Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Życie Pi" {The Life of Pi} (2013) czyli niektórych książek nie powinno się przenosić na ekran

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

Życie Pi

Przyznam się szczerze. Gdybym  przy wyborze filmu na dzisiejszy wieczór kierował się tylko moimi osobistymi gatunkowymi preferencjami to musiałbym szerokim łukiem ominąć produkcję sygnowaną nazwiskiem Anga Lee (Reżysera, który dał nam chociażby świetną, próbującą zagłębiać się w psychologiczne niuanse lecz przez widzów zdecydowanie niedocenioną wizję "Hulka" z fantastycznym Ericiem Baną w roli głównej) i zabrać się w końcu za leżący już na dysku (bo na nasze kina w tym względzie nie ma chyba co liczyć), długo oczekiwany i fantastycznie się zapowiadający "John dies at the End". No bo wytłumaczcie mi jaki sens miałoby dla mnie, poza oczywiście przygotowaniem się do Oscarowej gali,  oglądanie "Życia Pi",  obrazu, który już na poziomie trailera skupia się bardziej na sferze wizualnej (W polskich materiałach promocyjnych, z których tak na marginesie nie sposób było się dowiedzieć o czym to w ogóle jest, używano nawet hasła "nowy Avatar", co miało pewnie zachęcać na wycieczkę do kina. No cóż powiem wam jedno. Pomijając fakt, że choć dostrzegam pewne podobieństwa (trudno ich nie dostrzec) to jednak nie rozumiem jak to niby miałoby działać bo nie dość, że osobiście uważam dzieło Jamesa Camerona za wizualnie olśniewającą wydmuszkę, to na dodatek jest to równie prawdziwe porównanie jak przy okazji "Loopera" kiedy próbowano wmówić nam, że mamy do czynienia z nową "Incepcja".) a zapomina o warstwie fabularnej głębi? No cóż chyba po prostu jestem masochistą.

Naprawdę chciałbym napisać, iż było warto przełamać wewnętrzne opory, i że po seansie  jestem pod wrażeniem tego co udało się osiągnąć twórcy z Tajwanu.  Jednak tak się niestety nie stało. "Życie Pi" to bez wątpienia najsłabszy z tych oscarowych pretendentów, których do tej pory udało mi się obejrzeć. To film, który absolutnie nie wynagrodził mi poświęcenia jakie musiałem włożyć w to by nie przerwać w połowie i nie sięgnąć po książkę na podstawie, której powstał (Co  chyba kiedyś uczynię, bo jakoś nie chcę mi się wierzyć by była ona równie pretensjonalna, łopatologiczna i pozbawiona wdzięku jak jej ekranizacja. Tak na marginesie to dopiero teraz zauważyłem, że zupełnie nie intencjonalnie, wyszedł nam w ostatnich dniach mini maraton ekranizacji wybitnych powieści).  Bo choć nie mogę powiedzieć, że czuję się potwornie rozczarowany (Jako, że, tak między nami, nie oczekiwałem po tej pozycji zbyt wiele) oraz muszę docenić, iż pod względem technicznym stoi on na naprawdę imponującym poziomie, a aspekt wizualny to coś co zdecydowanie najlepiej twórcom wychodzi to jednak mam wrażenie, że mamy tu do czynienia z lekkim przerostem formy nad treścią.  Zwróccie bowiem uwagę  chociażby na  naprawdę piękne zdjęcia Claudio Mirandy ( któremu udało się nieomal przebić perfekcję, jaką w mojej opinii zaprezentował Roger Deakins przy "Skyfall"), nastrojową muzykę skomponowaną przez Mychaela Dannę czy całkiem zaskakujące zakończenie (Muszę przyznać, że gdybym kiedyś o  takim a nie innym obrocie spraw w książce Yanna Martela, stanowiącej literacki pierwowzór, przypadkiem nie usłyszał, to pewnie byłbym w ciężkim szoku. Swoją drogą teraz się nie dziwię, że całość reżyserować miał pierwotnie M.N. Shyamalan, który od czasu kapitalnego "Szóstego Zmysłu" uważany jest powszechnie za mistrza fabularnych twistów (Zrezygnował jednak by zająć się co najwyżej przeciętnym "Lady in the Water". Szkoda bo wydaje mi się, że jego wizja tej historii mogłaby być czymś o wiele lepszym niż otrzymany przez nas finalny produkt. Cóż nigdy się tego nie dowiemy, choć nie sposób oprzeć się wrażeniu, ze sam reżyser wyszedł na tym jak Zabłocki na mydle)) i powiedzcie z ręką na sercu, że nie są to fragmenty sprawiające, że cokolwiek pozostaje w pamięci na dłużej (A przynajmniej mam taką nadzieję). I gdyby materia była równie wysokiej próby co forma, pewnie pisałbym teraz pean pochwalny ku czci Anga Lee i i odpowiedzialnego za scenariusz Davida Magee bo byłoby to równoznaczne z faktem, że jestem kompletnie oczarowany. Tak jednak nie jest. Nie da się bowiem nie zauważyć tego, że zdecydowanie szwankują elementy, które teoretycznie powinny być w tej historii mocną stroną. Dialogi brzmią topornie, fabuła absolutnie nie wciąga (W dodatku twórcy sami strzelili sobie w stopę powtarzając błąd znany nam chociażby z australijskiego "The Tunnel" i serwując nam parszywy autospojler) główny bohater jest równie sympatyczny (choć bezwątpienia nie tak atrakcyjny dla oka) co Katniss z, wspominanych tu już wielokrotnie, "Igrzysk Śmierci" (Patrzę, że wpis bez wzmianki o tym dziele to wpis stracony) a główne przesłanie wyłożone zostało wprost na tacę bez bawienia się w jakiekolwiek subtelności. 

Podsumowując. Słyszałem opinie, że "Życie Pi" to jedna z tzw. "Książek nie do zekranizowania" bo taka próba musiała by się wiązać z rezygnacją z tych elementów, które po prostu budują cały klimat powieści natomiast nie są kompatybilne z filmem. I choć niektórym twórcom ( vide Xawery Żuławski i jego "Wojna polsko- ruska" czy David Cronenberg i jego "Nagi Lunch") jakoś udaje się zrobić film, który niewiele ustępuje genialnemu pierwowzorowi to jednak Ang Lee do tego grona absolutnie nie należy.

OCENA: 5/10

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci