Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

Asylum (2008)

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

asy

Reżyser: David R. Ellis

Scenariusz: Ethan Lawrence

Gatunek: Horror

Kraj: USA

Czas trwania 93 minuty

    Jak zapewne pamiętacie, siódmego stycznia odszedł z tego świata reżyser tego filmu David R. Ellis. Wiem, że źle to o mnie świadczy i wiem, że może to zabrzmieć jakbym na siłę usiłował być kontrowersyjny, ale muszę powiedzieć, że choć niewątpliwie było to dla mnie spore zaskoczenie, to jednak jakoś nie było mi z tego powodu szczególnie  przykro (a na pewno nie do tego stopnia, tak jak po samobójstwie Tony'ego Scotta, poświęcił temu wydarzeniu odrębną notkę). Żeby było jasne, nie twierdzę iż mieliśmy do czynienia z najgorszym reżyserem współczesnych czasów, (Ten niechlubny tytuł bez wątpienia należy się Orenowi Peli albo Ericowi Englandowi, którzy kompletnie nie potrafią zainteresować widza opowiadaną przez siebie historią) Po prostu nie miałem wrażenia, iż w tym konkretnym wypadku tracimy jako widzowie szansę obcowania z wybitnym dziełem. Szczególnie, iż większości produkcji jakimi ten twórca nas obdarował (Tak jak to miało miejsce w przypadku omawianej tu przeze mnie "Nocy Rekinów", którą ogladało mi się całkiem przyjemnie { Zwłaszcza dlatego, że dysponowała ona poważnym atutetem w postaci kreacji Sary Paxton} ale horroru było tam tyle co kot napłakał) brakuje jakiego stempelka oryginalności (takiego jak w przypadku filmów Quentina Tarantino, które można lubić albo nie, ale nie sposób pomylić ich z jakimikolwiek innymi)więc pomimo, że są całkiem nieźle wykonane i przyzwoicie zagrane, w żaden sposób nie wyróżniają się spośród setek innych tytułów. Proponowany wam dziś "Asylum" jest tego doskonałym przykładem.

Zresztą. Czy naprawdę można spodziewać się czegokolwiek dobrego po filmie, którego scenarzysta Ethan Lawrence (Chyba nie można się specjalnie dziwić temu, że był to  jego jedyny scenariusz przerobiony na film pełnometrażowy) wydaje się być równie kreatywny w pisaniu historii, co Jennifer Lawrence (Mam nadzieję, iż to nie jest żadna rodzina) w kreowaniu sympatycznych bohaterek (Mimo, że postanowiłem sobie wczoraj by nie przywoływać gwiazdeczki "Igrzysk Śmierci" w każdym wpisie to po prostu nie mogłem się powstrzymać. Moja "miłość" do jej warsztatu aktorskiego mi na to nie pozwoliła ). W rezultacie otrzymujemy tu kolejną przewidywalną iabsolutnie przeciętną (do tego stopnia, że oczekiwałem tylko na, kompletnie nieuzasadnioną fabularnie i obliczoną na pozyskanie gimbusów, scenę przedstawiającą główną bohaterkę nago pod prysznicem. Zwłaszcza, że wcielającej się w tą rolę Sarze Roemer zdecydowanie niczego nie brakuje, a jej uroda potrafiła w moim wypadku odwrócić uwagę od licznych niedostatków. I wiecie co? Doczekałem się jej po jakichś czterdziestu minutach) opowieść o schematycznej grupce "pięknych jak z obrazka", niesympatycznych i pozbawionych studentów (Motyw, z którego tak na marginesie pięknie zakpił sobie Joss Whedon w rewelacyjnym "Cabin in the Woods". Swoją drogą. Swoją drogą to nie wiem czy stosowanie takiego chwytu ma nas w sposób zamierzony skłonić do kibicowania prześladowcy, ale dokładnie tak się dzieje) zamieszkujących akademik (należący do jakiejś wyjątkowo małej uczelni skoro sześć osób ma do dyspozycji cały budynek) w którym niegdyś mieścił się szpital psychiatryczny i mordowanych przez ducha szalonego dyrektora Freddy'ego Kruegera (aluzja do sposobu mordowania, którą zrozumiecie jeśli, tak jak ja, przemęczycie się i obejrzycie ten film) , którego siedemdziesiąt lat temu zabili torturowani przez niego młodociani pacjenci

Rozumiem, że twórcy najwyraźniej próbowali mnie podejść, i poza zatrudnieniem zniewalająch urodą aktorek usiłowali wykorzystać mój nieskrywany sentyment do tematyki chorób psychicznych przejawiający się tym, że wysoko oceniłem w swoim czasie takie produkcje jak "The Ward", "Grave Encounters", "Madhouse", "Sesja 9", "Krzesło Diabła" czy "Asylum Blackout" oraz fakt, że grałem w sztuce poruszającej podobne problemy (czyli wspominanym tu kilka dni temu "Nikcie", z którym zajęliśmy trzecie miejsce na Fetiwalu Teatrów Amatorskich "Zwierciadła") do tego bym spojrzał na ich produkt przychylniejszym okiem . Ale nie ze mną te numery Brunner! To mogłoby się udać tylko wówczas, gdybyśmy mieli do czynienia z angażującym obrazem, nie mających w głębokim poszanowaniu sensu czy związku przyczynowo-skutkowego i dysponujące czymś więcej niż tylko interesującym konceptem oraz całkiem nieźle wykonanych efekty gore. Nie zaszkodziłoby również posiadanie przynajmniej jednej ciekawej kreacji aktorskiej. Zamiast tego finalny produkt na każdym kroku przypominał mi o istnieniu mizernego i antyklimatycznego "Sanktuarium", które nie tak dawno miałem nieprzyjemność obejrzeć ). 

Podsumowując. Zrozumiem jeśli komuś "Asylum" przypadnie do gustu. Szczególnie jeśli będzie to osoba nie wyrobiona gatunkowo i nie znająca na prawdę godnych uwagi pozycji tego nurtu. Dla mnie jednak dzieło Ellisa jest po prostu słabą produkcją, symptomatyczną dla całej jego spuścizny, która powtarza, w znacznie gorszy i pozbawiony jakiegokolwiek uroku sposób (czyli postępuje dokładnie odwrotnie chociażby do wczorajszego "The Call"),wątki, które widzieliśmy już sto tysięcy razy.

OCENA: 4/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci