Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Coming Soon" 2008 czyli koszmar kinomaniaka

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

Coming Soon

Jeżeli dobrze kojarzę fakty, to w postaci, absolutnie przypadkowo dziś zobaczonego przeze mnie, filmu w reżyserii Sopona Sukdapisita (tak na marginesie jednego ze współscenarzystów słynnego "Shuttera", obrazu o którym słyszałem masę pozytywnych opinii lecz, do którego obejrzenia jakoś nie mogę się przybrać.) mamy do czynienia z debiutem na moim blogu kinematografii tajlandzkiej (co sprawia, że na mojej filmowej mapie świata zostało już tylko kilka białych plam). Pewnie więc chcielibyście wiedzieć czy pierwszy kontakt z zupełnie nowym spojrzeniem na wynalazek braci Lumiere wypadł w imponujący sposób. No cóż! Szczerze mówiąc nie szczególnie.

Chcę żebyście mnie dobrze zrozumieli. Absolutnie nie twierdzę, że mamy tu do czynienia z aberracją na poziomie "Zaciemnienia" czy "Góry Śmierci", przy których nawet niezbyt udana "Kac Wawa" wygląda jak dzieło sztuki. Wręcz przeciwnie. Uważam, że w ogólnym rozrachunku "Coming Soon" jest udaną (szczerze mówiąc to nawet bardzo udaną), dobrze opowiedzianą historią, którą teoretycznie powinienem być zachwycony (w końcu uwielbiam przecież mroczne, dobrze zrealizowane, zaskakujące, nieprzewidywalne i kreatywne scenariuszowo kino w klimacie meta). Nie tylko bowiem udowadnia ono, iż azjatyckie produkcje pod względem budowania klimatu grozy biją na głowę niemal całą współczesną branżę horrorową z jej tendencją do infantylizacji, zastępowania bohaterów z krwi i kości kartonowymi manekinami bez właściwości a fabuły i nastroju, wiadrem z podrobami i hektolitrami sztucznej krwi ale przede wszystkim nie mogę mieć żadnych większych zarzutów do poziomu gry aktorskiej (choć muszę powiedzieć, że dyspozycja Chantavita Dhanasevi grającego Chena, czyli naszego głównego bohatera przez większą część filmu, momentami była zbyt sztywna i niezbyt mnie przekonywała) Ponadto ten tytuł zawiera w sobie wiele elementów, które jak np. scena z gasnącymi światłami (mimo, że podobny motyw widziałem już tyle razy, po raz pierwszy w "Ciemności", która jest w mojej opinii odrobinę niedocenionym kawałkiem sprawnego rzemiosła, że nie jest on już dla mnie jakimkolwiek zaskoczeniem) czy te wszystkie sceny na pograniczu oniryzmu (takie jak powtarzająca się kilkukrotnie, niczym jeden wielki "Dzień Świstak" sekwencja konfrontacji z szefem gangu szantażującego naszego protagonistę) wywołują co najmniej gęsią skórkę. Po prostu jestem zdania, iż nie ma na świecie gorszej rzeczy niż nie do końca wykorzystany potencjał, który nie daje odpowiedniego poziomu satysfakcji a dodatkowo po zakończeniu projekcji ma się wrażenie, że bez trudu można było uzyskać zdecydowanie więcej  treści. 

A przecież to właśnie ciekawy pomysł, na którym została oparta był zdecydowanie największą zaletą tej produkcji! To on zaintrygował mnie i skłonił do tego, bym po przeczytaniu krótkiego opisu na jednym z internetowych portali zainteresował się tym tytułem, poszukał możliwości obejrzenia go a następnie poświęcił swój czas na ten seans! Zresztą nie wiem czy jest się czemu dziwić skoro twórcy zastosowali tu imersyjny zabieg polegający na tym, że w osobach pracowników kina, w których wyświetlany jest rzekomo nawiedzony film "Zły Duch" dostajemy bohaterów, z którymi każdy horrormaniak może się utożsamić. Przecież każdy z nas co najmniej raz w życiu podczas oglądania naprawdę obrzydliwej, bulwersującej lub niepokojącej sceny, zdarzyło się na pewno pomyśleć "Dobrze, że to tylko film" (Mi na przykład zdarzyło się to przy okazji, skądinąd świetnego, "Serbskiego Filmu"). I z reguły w takich wypadkach nie zastanawiamy się co by było gdyby obrazy ze świeżo przez nas obejrzanego filmu grozy nie były tylko wytworami fikcji a faktycznie zaczęły przenikać do naszej rzeczywistości ( Oczywiście cały ten koncept nie jest niczym super odkrywczym czy przełomowym bo przecież moglibyśmy wymienić całą masę produkcji, w których twórcy takich jak np. "The Ring", w których próbowano zastosować podobny zabieg, choć trzeba przyznać, iż na zdecydowanie  mniejszą skalę).

Poza tym warto też byłoby wspomnieć o zakończeniu, które mimo, że całkiem udane i zasługujące na to by samemu je zobaczyć więc nie będę wam go teraz zdradzał, sprawia jednak momentami wrażenie trochę zbyt rozciągniętego w czasie i wygląda jakby reżyser chciał na siłę dociągnąć długość trwania do półtorej godziny

Podsumowując. Choć nie da się zaprzeczyć, że "Coming Soon" nie jest porównywalnej klasy co genialne "Audition"  to jednak muszę wyraźnie zaznaczyć, iż ma ona wystarczającą ilość walorów by być ciekawą propozycją dla każdego kto poszukuje alternatywy wobec coraz bardziej schematycznego kina grozy "Made in USA". Mimo bowiem widocznych jak zakonnica na koncercie Behemota wad obraz tajlandzkiego reżysera dowodzi, że stolica światowego horroru zdecydowanie przeniosła się do Azji. 

OCENA: 7/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci