Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Gangster Squad" {Pogromcy Mafii} (2013)

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

Gangster Squad

Po wczorajszym kapitalnym "Pokłosiu", które zdecydowanie nie jest tak złe jak je malują, przyszła pora aby zmienić klimat i zabrać się za jedną z najbardziej oczekiwanych produkcji tego roku. Obraz, który wyszedł spod ręki Rubena Fleischera, który tym razem postanowił uraczyć nas poważniejszym tematem niż w, tak swoją drogą kapitalnym, "Zombieland", wziąć byka za rogi i zmierzyć się z, zakorzenioną w amerykańskiej kulturze od czasów prohibicji, produkcją gangsterską w klimacie "Nietykalnych", "Wrogów Publicznych", "Tajemnic Los Angeles" czy "Człowieka z Blizną". Zresztą. Mogę sobie pisać co chcę a wy i tak domyślacie się zapewne, że główną przyczyną sięgnięcia po ten film, był fakt, iż wystąpiła w nim cudowna Emma Stone, czyli jedna z bez wątpienia najładniejszych, obdarzonych największą charyzmą i najbardziej utalentowanych aktorek młodego pokolenia Hollywood. Tym bardziej więc nie rozumiem tego powszechnego zachwytu (którego eskalacja przypomina mi pewne powiedzienie całkiem apropos : "politycy przed wyborami zaczynają tak kochać ojczyznę, iż przypomina to zbiorowy gwałt") nad Jennifer Lawrence, która pod żadnym względem nie dorasta do pięt nowej ukochanej Spidermana, dla której niezaprzeczalnego uroku warto było przecierpieć przez tak średnią produkcję. Zanim jednak przejdziemy dalej, muszę wspomnieć o tym, iż "Gangster Squad" można bez cienia przesady nazwać "ofiarą strzelaniny w Aurorze" (Wydarzenia, o którym, zainspirowany niewybrednymi tekstami i, nazywajmy rzeczy po imieniu, głupotą wielu użytkowników różnych filmowych portali, napisałem już w swoim czasie tę oto notkę. Pozwolicie więc, że nie będę dalej drążył tego tematu) bo po tym wydarzeniu jego zaplanowana na ubiegły rok premiera musiała zostać przesunięta, a sam film gruntownie przemontowany (dotyczyło to szczególnie jednej sceny, zaplanowanej podobno w scenariuszu jako kulminacyjna, czyli strzelaniny w kinie, która miała się widzom rzekomo źle kojarzyć i wywoływać złe wspomnienia). Czy te ingerencje nadgorliwych urzędników filmowi zaszkodziły?

No cóż. Rzadko kiedy przychodzi mi zgadzać się z recenzjami na portalu FW, ale tym razem czuję, że po prostu nie mam innego wyjścia. "Gangster Squad" bowiem, przy każdym z przywołanych tu już tytułów wygląda jak ubogi krewny. Jak wyliniały, bezzębny tygrys, którego z czystym sumieniem można nazwać jednym z największych rozczarowań roku. I choć pieniądze to nie wszystko, a tytuły niskobudżetowe już niejednokrotnie okazywały się niedocenione to jeśli patrzeć wyłącznie na przelicznik niezbyt imponującego wyniku osiągniętego w Box Office (w końcu to jedna z największych finansowych A.D. 2013) do ilości zatrudnionych gwiazd (m.in. Gosling, Pean, Brolin, Nolte i Stone) trudno doprawdy po seansie oprzeć się wrażeniu niedosytu, nie sposób nie dostrzec mankamentów (takich jak chociażby "przetelefonowana" rola Ryana Goslinga, nie do końca satysfakcjonujący Sean Pean jako czarny charakter oraz nieskrywana schematyczność scenariusza i charakterologiczna płytkość bohaterów) a także  ma się poczucie, iż mimo naprawdę dobrej gry aktorskiej charyzmatycznego Josha Brolina,  tkwiący w tej historii potencjał nie został wykorzystany nawet w połowie. Z drugiej jednak strony, gdybyśmy  spojrzeli szerzej i zwrócili uwagę na kwestię czerpanej frajdy (Może takie kino to do nie końca moje klimaty, ale przyznaję, że przyjemnie oglądało mi się to co zaproponował, odpowiedzialny za scenariusz, Will Beall) czy oddania z dużym pietyzmem realiów nie mielibyśmy innego wyjścia (Zresztą co do sfery technicznej absolutnie nie można mieć jakichkolwiek zastrzeżeń. No może mały prztyczek należy się Steve'owi Jablonskiemu, któremu w kilku momentach wydaje się, że jest Hansem Zimmerem i stworzona przez niego muzyka uderza w podobnie patetyczne tony co twórczość niemieckiego kompozytora) poza przyznaniem, że "Gangster Squad" to udany hołd dla minionej epoki ( A na pewno lepszy niż niesławna "Czarna Dalia") i dobrze oddany klimat powojennego Los Angeles. Po prostu za dużo powstało podobnych filmów, aby to, co serwuje nam Fleischer mogło jeszcze robić jakiekolwiek wrażenie. 

Podsumowując. Ogólnie mówiąc "Gangster Squad" to produkcja, którą można obejrzeć, czerpiąc z tego przyjemność ale nie ma większego sensu by oczekiwać po niej jakiegoś zalewu niezapomnianych przeżyć czy odrodzenia gatunku.  Zdecydowanie więc lepiej zapoznać się z klasyką gatunku w postaci "Nietykalnych" a film Fleischera zostawić sobie na ciemną godzinę.

OCENA: 6/10 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci