Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Krzesło" {The Chair} (2007) czyli akcji "czym by tu jeszcze widza przedstraszyć" odsłona 2

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

TC

Wydawać by się mogło, że po takich filmach jak "Łóżko Śmierci" (Widziałem fragmenty i przyznaję, że  nie mam ochoty na więcej bo wygląda to jeszcze gorzej niż brzmi)"Lodówka" czy "Bankomat" (że o telefonie, telewizorze, fotografii i morderczej kasecie video nie wspomnę), nie ma już na tym świecie przedmiotu codziennego użytku, którego twórcy filmowi nie użyliby już, w ten czy inny sposób do prześladowania swoich bohaterów. No cóż. Najwyraźniej postanowili nam oni udowodnić, że jesteśmy w błędzie, i w 2007 roku weszły na ekrany kin dwie produkcję, w których ważną rolę odgrywały... krzesło. Chodzi mi tu o, opisywane tu już chyba kiedyś, świetne "Krzesło Diabła" oraz obejrzane przeze mnie dzisiaj dzieło Bretta Sullivana, reżysera drugiej część "Zdjęć Ginger i montażysty m.in. "Elevated", umieszczanej w jednej z notek krótkometrażówki Vincenzo Nataliego. Szkoda tylko, że nie mogę powiedzieć, że jest to dobre dzieło.

Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że choć produkcja nie jest pozbawiona poważnych wad (takich jak chociażby fakt, że twórcy zdają się być przekonani, iż słowa "porno" i "horror" znaczą to samo. Czasami bowiem zdecydowanie większą uwagę przywiązują bowiem do eksponowania fizycznych walorów Alanny Chisholm (może nie powinienem się do tego przyznawać {w końcu znajomość takich faktów nie jest czymś nobilitującym} ale przypominającej mi nieco Erin DeWright, znaną w branży erotycznej jako Misty Mundae}przykładowo w scenie masturbacji głównej bohaterki w wannie. Tak swoją drogą to kobiece samozaspokojenie musi być jakimś fetyszem kanadyjskiego reżysera, wszak to już drugie jego dzieło, po przywołanych tu już "Zdjęciach Ginger II" (gdzie dotyczyło to Emily Perkins), w którym widzimy podobną sekwencję) i nie ma sensu spodziewać się tu jakiegoś wybitnego nowatorstwa (wszak posługuje się on ogranym motywem osoby z poważnymi problemami psychicznymi {W sumie szkoda, że w główną rolę nie wcieliła się Emily Browning, która zdaje się w ostatnich latach specjalizować w tego typu kreacjach. Wszak po obejrzeniu "Nieproszonych Gości" trzeba powiedzieć, że bardzo dobrze jej to wychodzi}, której choroba nasila się po przeprowadzce do rzekomo nawiedzonego, w tym wypadku przez ducha żydowskiego hipnotyzera- mordercy, domu mieliśmy okazję podziwiać już chyba tyle razy, że gdybym miał wymieniać tytuły, to zdecydowanie zabrakło by mi miejsca. Wspomnę więc tylko o, poruszającym podobną tematykę, lecz idącym zdecydowanie dalej w aspekt psychologiczny, rewelacyjnym "Wstręcie") czy liczyć na jakąkolwiek nieprzewidywalność fabuły, oraz ma się wrażenie, że scenarzysta mógłby spędzić trochę więcej czasu nad klawiaturą i sprawić, aby przedtawiana nam historia nie wydawała się odrobinę pozbawiona sensu i opowiedziana zastanawiająco pośpiesznie to jednak trzeba przyznać, ze całość wypada zaskakująco znośnie i da się ją obejrzeć bez większego bólu. Szczególnie, że zawiera ona kilka fragmentów niezwykle klimatycznych, balansujących na granicy oniryzmu (które, jak zdążyliście już pewnie zauważyć, zawsze na mnie działają i podnoszą wrażenie wyniesione po projekcji) , całkiem niezłą grę aktorską głównej bohaterki (choć przyznaję, że mogła by ona być trochę lepsza. Szczególnie jeśli chodzi o tak ważny aspekt jak wiarygodność) czy wyraźnie zauważalny potencjał na bycie drugim "(który, nie został jednak w pełni wykorzystany). Warto też zauważyć, że nie jest to produkcja bezmózgi slasher, skupiony na szokowaniu odbiorcy wyjątkowo krwawymi i brutalnymi scenami szlachtowania jednowymiarowych charakterów ( a raczej usiłująca (z mizernym skutkiem ale zawsze. Zwłaszcza jeśli weźmiemy, wspomniany tu już, aspekt źle położonych akcentów) ukazać jakąś głębię i próbującą uwieść nas atmosferą i niepokojącym nastrojem. To zawsze jest przeze mnie pożądane i mile widziane. 

Podsumowując. Film, który wyszedł spod ręki Bretta Sullivana to mimo wszystko, raczej typowy średniak z tendencją spadkową niż dzieło, które można bez większego żalu ominąć, gdyż istnieje znikome prawdopodobieństwo, iż zapisze się złotymi zgłoskami w historii kina. 

 OCENA: 4/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci