Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Nie oglądaj się teraz" (1973) czyli mini retrospektywy klasyki horroru część 1.

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

NOST

Wychodzę z założenia, iż żaden porządny bloger filmowy nie może ograniczać swojego repertuaru wyłącznie do "świeżynek", tylko powinien raz na jakiś czas sięgać po produkcje znajdujące się w szeroko pojętym kanonie. Choćby dlatego, że jeśli nie wiemy skąd przyszliśmy (czytaj: nie znamy obrazów- inicjatorów dzisiejszych trendów w kinie) nie będziemy wiedzieli dokąd zmierzamy. W związku z tym pomyślałem sobie, że nadszedł  czas by urządzić sobie mini retrospektywę i przyjrzeć się kilku niewątpliwym klasykom z lat siedemdziesiątych (dzięki czemu będę miał dla was jutro,"nieco" kontrowersyjny a jednocześnie kultowy, prezent z okazji Dnia Kobiet. Ale na razie nie chcę wam psuć niespodzianki {choć i tak nie wiem czy nie powiedziałem za wiele, bo na podstawie tych strzępków informacji można niewątpliwie ustalić o jaki film chodzi} oraz odbierać możliwości spekulowania więc nie zdradzę wam nic więcej).

John Baxter (grany przez Donalda Sutherlanda) angielski konserwator zabytków i jego żona Laura (Julie Christie) niedawno przeżyliosobistą tragedię, jaką była śmierć córeczki. W Wenecji usiłują wspólnie uporać się ze swym dramatem, jednak kolejne nieoczekiwane zdarzenia, zapoczątkowane spotkaniem dwóch tajemniczych staruszek i własne nieuświadamiane przeczucia budzą w nich narastający niepokój, graniczący z obłędem, prowadząc do kolejnej tragedii.

Zanim jednak przejdę do szczegółów (dużo ich nie będzie, gdyż jak zapewne pamiętacie wyznaję zasadę, że o nie ma większego sensu w rozpisywaniu się na temat filmów bardzo dobrych) chcę powiedzieć, że z jakiegoś bliżej mi nieznanego, powodu film, który wybrałem na początek, czyli rewelacyjne "Nie oglądaj się teraz", zapisał się w ogólnej świadomości nie swoimi merytorycznymi atrybutami (których ma pod dostatkiem, o czym będzie jeszcze czas wspomnieć w dalszej części notki) ale głównie jedną sceną (która notabene, mimo że została pokazana z dużym wyczuciem i smakiem to w mojej ocenie nie tylko pozbawiona jest jakiejkolwiek namiętności ale przede wszystkim niewiele wnosi do samego filmu i mogłaby spokojnie zostać z niego usunięta), w której to Donald Sutherland i Julie Christie odbyli rzekomo autentyczny, nie symulowany stosunek płciowy. Niezasłużenie.

Bo choć nie da się ukryć, że dzieło Nicholasa Roega, podobnie jak wiele innych obrazów z tamtych czasów takich jak np. "Halloween",  trochę się zestarzało  (mimo  wrażenia kameralności oraz lekkiego znużenia to jednak trzeba powiedzieć, że z tym akurat tytułem los obszedł się wyjątkowo łaskawie) i na dzisiejszym, przyzwyczajonym do zupełnie innej estetyki widzu nie jest w stanie robić już takiego wrażenia jakie musiało robić w okresie swojej świetności, to jednak wciąż jest to przedstawiciel kina, jakiego dzisiaj praktycznie się już nie kręci (No chyba, że za takowe uznamy produkcje sygnowane nazwiskiem Ti Westa a przede wszystkim świetne "Innkeepers"). Dostaliśmy tu bowiem obraz przepięknie sfotografowany (m.in. przez samego reżysera), doskonale zagrany (na szczególną uwagę zasługuje tu fantastyczna kreacja Donalda Sutherlanda. Wiem, że narażę się na ogromną falę krytyki ze strony fanatycznych zwolenników prozy Suzanne Collins ale po doświadczeniu tak dobrej, graniczącej z absolutem dyspozycji nie mogę zrozumieć, dlaczego ten aktor rozmienia się dziś na bardzo drobne występując w tak nieudanych produkcjach jak "Igrzyska Śmierci" ) wciągający, wysublimowany, nieśpiesznie poprowadzony, bazujący na niedopowiedzeniach, przesycony symbolizmem (zwróccie bowiem uwagę choćby na sposób ukazania sceny utonięcia), skłaniający do myślenia (głównie dzięki temu, że nie podsuwa nam na tacy gotowych rozwiązań ale sami musimy podjąć umysłowy wysiłek w celu wydedukowania chociażby znaczenia zakończenia)  oraz skupiający ogromną uwagę nie na szokowaniu widza ale na budowaniu niepokojącego, enigmatycznego, intrygującego  a także lekko onirycznego klimatu. Dzieło stanowiące przykład idealnej symbiozy między sferą wizualną a sferą merytoryczną, które zamiast konkurować ze sobą o uwagę widza doskonale się uzupełniają

Podsumowując. "Nie oglądaj się teraz" to mimo wszystko niekwestionowany, urzekający i nastrojowy klasyk, który absolutnie warto obejrzeć. Najlepiej zanim ktoś wpadnie na pomysł, do czego tak na marginesie były już w kilka lat temu pierwsze przymiarki ale chyba spaliły na panewce, zrealizowania jego remaku. Bo o ile w przypadku kilku innych produkcji z tamtych lat odświeżenie było czymś nawet wskazanym, tak w tym wypadku jest ono równie potrzebne co suszarka na pustyni. 

OCENA: 8/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci