Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Pi" (1998) czyli więcej niż udany debiut Darrena Aronofsky

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

PI

Mimo, że dzień liczby Pi (który, jakby ktoś się jeszcze nie zorientował {mimo, że to jest chyba dość jasne}, przypadł 14.03) już dawno za nami, to pomyślałem sobie, iż warto z tej okazji rzucić okiem na film, który nie tylko ma tytuł dziwnie adekwatny do tej spóźnionej celbracji, ale przede wszystkim zapoczątkował wielką, światową karierę reżysera genialnego "Czarnego Łabędzia" i "Requiem dla snu" (Muszę kiedyś przysiąść i obejrzeć to dzieło w całości, bo do tej pory widziałem je tylko we fragmentach). Darren Aronofsky, bo o nim mowa,  jest bowiem bez wątpienia (obok m.in. Gaspara Noe, Srdjana SpasojevicaAlejandro Jodorowsky'ego i  Davida Lyncha) jednym z tych twórców światowej kinematografii, którzy konsekwetnie i na przekór powszechnym tendencjom do maksymalnego spłycenia, wypolerowania i uproszczenia przekazu (I nie! W żaden sposób nie nawiązuję tu do dzisiejszego werdyktu szanownego jury  choć nie powiem, żebym się z nim do końca zgadzał bo uważam, że szukanie rozrywki lekkiej, łatwej i przyjemnej, która, choć wizualnie efektowna, zamiast dawać widzowi wędkę, daje mu rybę nie jest chyba najszczęśliwszym rozwiązaniem} festiwalu "Zwierciadła", dla których pretekstem do nagrodzenia naszego spektaklu "tylko" (nie będę bowiem ukrywał, że o ile przed występem takie rozstrzygnięcie brałbym w ciemno to teraz, jako że apetyt rośnie w miarę jedzenia, uważam iż zasłużyliśmy na zwycięstwo)  trzecim miejscem była niejednoznaczność zakończenia. Nie wiem skąd wam to w ogóle przyszło do głowy.) tworzą kino ciężkie w odbiorze, szorstkie, niepokojące, zmuszające do myślenia, unikające udzielania prostych odpowiedzi, bazujące na niedopowiedzeniu, wieloznaczne, zapadające w pamięć a także niesamowicie wyraziste. I co najważniejsze, wszystkie wymienione tu elementy da się zaobserwować już w, nagrodzonym za najlepszą reżyserię na festiwalu Sundance, jego pełnometrażowym debiucie, któremu dzisiaj miałem przyjemność się przyjrzeć. Dziełu, którego kompletnie mnie oczarowało i utrafiło w mój gust, nawet mimo faktu, że ogólnie rzecz biorąc nie jestem wielkim fanem matematyki.  

Powinienem zacząć od krótkiego opisu fabuły (w końcu tak się pisze porządne recenzje filmowe, do którego miana moje wypocinki starają się przecież aspirować). Ponieważ jednak nie chce mi się na ten temat szczególnie rozpisywać, jako  że jedną z niewątpliwych zalet tego czarno-białego dzieła, do którego tak na marginesie długo się przymierzałem, jest kompletna nieprzewidywalność opowiadanej nam tu historii więc spróbuję to zrobić tak aby za wiele nie zdradzić. "Pi" przedstawia historię Maxa Cohena (granego przez mało znanego Seana Gullette'a, który w mojej ocenie tworzy naprawdę udaną, wiarygodną kreację), genialnego matematyka, który próbuje zrealizować swoją ideę fix czyli znalezienia tajnego wzoru rządzącego światem. Wkrótce orientuje się, że jest śledzony przez złych ludzi (pokroju agentów potężnego koncernu giełdowego i ultraortodoksyjnej sekty religijnej), którzy chcą wykorzystać rezultaty jego badań w nie do końca uczciwych celach. Nie można się więc dziwić, iź Max zaczyna popadać w paranoję i nie wie komu może zaufać.  

Choć na upartego można w dziele amerykańskiego reżysera kilka charakterystycznych dla debiutanta elementów, które  choć drobne (takie jak chociażby nie do końca udany dobór aktorów) w jakimś tam stopniu zakłócają zamierzony przez autora wydźwięk tej produkcji i przyczyniają się do tego, że dzieło momentami przynudza (na szczęście nie dzieje się to zbyt często) oraz w oczach przeciętnego widza może sprawiać wrażenie niezrozumiałego bełkotu to, jednak ja osobiście, jako fan mrocznego kina spod znaku Davida Lyncha, nie mogę pominąć gęstej paranoicznej atmosfery, dobrze napisanego, wciągającego scenariusza, przyciagającego uwagę protagonisty, nielinearnej narracji oraz imponującej minimalizmem strony wizualnej (Szczególnie, że odpowiadał za nią Matthew Libatique, którego od czasu "Czarnego Łabędzia" uważam za jednego z najciekawszych i najbardziej kreatywnych współczesnych operatorów filmowych)  

Podsumowując. "Pi" jest niewątpliwie jednym z filmów, stanowiących absolutny kanon, którego nieznajomość jest w moich oczach czymś dyskwalifikującym (Zresztą tak samo jak "Czarnego Łabędzia", którego pozycja jako "najlepszego dzieła stworzonego przez Darrena Aronofsky'ego" wciąż jednak pozostaje niezagrożona) każdego kto mieni się miłośnikiem kina. 

Ocena: 9/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci