Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Pluję na twój grób" {I Spit On Your Grave A.K.A. Day of the Women} (1978) czyli retrospektywy klasyki (?) horroru część 2.

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

ISOYG

  Już po raz wtóry (pierwszy raz stwierdziłem tak chyba wtedy kiedy zachwycił mnie chory i ekstremalnie brutalny "Serbski Film", który wielu widzów, w tym horrorowych wyjadaczy, po prostu zniesmaczył) patrząc na swoje kinowe wybory,  dochodzę do niewesołej konstatacji, że ja absolutnie nie jestem normalny.  Trzeba bowiem chyba dysponować niską wrażliwością lub być wybitnie pokręconym umysłem, kierującym się zwichrowaną logiką aby delektować się tak brudnym kinem i aby na film, będący w zamiarze prezentem z okazji dnia kobiet  wybrać szokujący, prowokacyjny i kontrowersyjny obraz traktujący swoją bohaterkę przedmiotowo i wpisujący się w nurt zwany rape and revenge (W dodatku wcześniej ogłaszając to wszem i wobec jakby był to powód do dumy), który z ideą tego święta ma tyle wspólnego co papież z czarną mszą. A co najgorsze zrobić tak nawet mimo faktu, że jakiś czas wcześniej oglądany (jeszcze przed założeniem tego bloga) poprzedni przedstawiciel tego gatunku czyli "Ostatni dom po lewej", eufemistycznie mówiąc, niezupełnie przypadł mi do gustu (Oczywiście mam tu na myśli oryginalną wersję z 1974. Opisywany już kiedyś przeze mnie bowiem remake, w którym w rolę ofiary wcieliła się Sara Paxton, uważam bowiem za jeden z lepszych współczesnych horrorów). Ale cóż! Taki już jestem i absolutnie nie zamierzam tego zmieniać. Przyjrzyjmy się zatem dziełu stworzonemu przez Meira Zarchiego i zobaczmy, czy uczciwie zapracowało na swoje miano.

Nie wiem czy jest sens przedstawiania zarysu dzieła, po którym jeszcze przed seansem wiadomo, iż nie należy spodziewać się żadnych gatunkowych innowacji bo całą fabułę dostajemy jak na tacy już na poziomie tytułu nurtu, którego jest przedstawcielem. Gwoli zachowania pozorów, bo może jeszcze istnieją szczęściarze, którzy nigdy się z tym tytułem nie zetknęli, napiszę jednak, że Camille Keaton gra tu Jennifer, pisarkę z Nowego Jorku, która w poszukiwaniu spokoju wprowadza się do domu na wsi, gdzie zamierza napisać swą nową książkę.  Szybko okazuję się jednak, że spokój nie będzie jej dany,  jako że z powodu jej urody zaczynają interesować się nią miejscowe lumpy. Ich niewinne zabawy stają się coraz śmielsze, w końcu dochodzi do okrutnego zbiorowego gwałtu. Po wszystkim oprawcy zamierzają zabić pisarkę, by uniknąć kary, jednak przeżywa ona dzięki litości jednego z gwałcicieli i niewiedzy pozostałych. Kobieta nie zamierza jednak zgłaszać sprawy na policję, a zaczyna szykować prywatną, krwawą zemstę na zwyrodnialcach...

Powiedzieć, że film nie sprostał moim oczekiwaniom to nic nie powiedzieć. Fakt, że obejrzenie go zajęło mi kilka dni i szczerze mówiąc wolałbym raczej obciąć sobie palce niż ponownie się do niego zabierać mówi bowiem sam za siebie. Wbrew pozorom nie dzieje się tak dlatego, że jest on jakoś niewyobrażalnie szokujący, brutalny czy obsceniczny (Przetrwałem bowiem produkcje takie jak "Martyrs" czy "Serbski Film", które pod względem tych aspektów posunęły się zauważalnie dalej nie tracąc nic na sile oddziaływania), ale przede wszystkim dlatego, iż mamy tu do czynienia z dramatycznie słabą, przereklamowaną i mało angażującą produkcją, która stawia pod dużym znakiem zapytania adekwatność tytułu tej mini retrospekcji. Bo w końcu jak klasyką horroru można nazwać produkcję, która w dzisiejszych czasach roztopiłaby się w oceanie słabości? To znaczy rozumiem, dlaczego w momencie swojej premiery mógł on szokować brutalnością czy drastyczną wymową i stanowić źródło inspiracji dla wielu naśladowców, szczególnie, że zawiera on kilka w miarę pozytywnych cech (takich jak chociażby świetna, odważna i wiarygodna kreacja Keaton, kilka "brudnych" scen sugestywnie ukazanej, na tyle oczywiście na ile można je było w tamtych czasach pokazać, brutalnej przemocy (dzisiaj wyglądający jednak na niezwykle przerysowaną) czy brak muzyki {Nie wynika to jednak z zamysłu reżysera. Raczej z tego, że mimo usilnych starań, nie mógł znaleźć dźwięków, które uznałby za odpowiednie i stosowne}) a także  zdaje sobie sprawę z tego, iż powinienem się już przyzwyczaić do tego, że obrazy, którym towarzyszy fama najbardziej wstrząsających, najcięższych i najbardziej poruszających produkcji w historii, sprawiająca, iż kreujemy sobie w głowie wizję czegoś naprawdę ciężkiego i patologicznego, rzadko kiedy są w stanie sprostać naszym wyobrażeniom o ich treści (Przykładem niech będzie tu "Lewiatan", który skonfrontowany z zasłyszanymi przeze mnie opowieściami o jego fabule okazał się po prostu mizerną kopią "Obcego", tylko przeniesioną na dno morza). Ale równocześnie, patrząc na niego z perspektywy dzisiejszego widza, swojego gustu filmowego (który chyba ewoluował w skutek oglądania sporej ilości horrorów, bo proste krwawe łaźnie przestały mi wystarczać do pełni szczęśnia {no chyba, że pochodzą z Japonii} i w miejsce ukazywania przemocy dla samej przemocy poszukuję w "kinie grozy" grozy, mrocznego klaustrofobicznego klimatu, kreatywności, co najmniej dobrych kreacji aktorskich, nieprzewidywalnych zwrotów akcji oraz ciekawej formy wykonania) oraz biorąc pod uwagę fakt istnienia, przywoływanego tu już, totalnego obrazu ludzkiego zbydlęcenia zaserwowanego nam przez Srdana Spasojevicia  po prostu nie mogę przejść do porządku dziennego nad tym, że w przeciwieństwie do omawianego tu kilka dni temu "Nie oglądaj się teraz" debiutanckie dzieło Meira Zarchi bardzo się zestarzało i, szczególnie pod względem beznadziejnej gry aktorskiej zwłaszcza jeśli chodzi o naszych antagonistów (Mogę mówić wiele złego o "Ostatnim domu po lewej", ale tam mieliśmy przynajmniej za przeciwnika autentycznie niepokojącego Davida Hessa, którego absolutnie nie chciałoby się spotkać w ciemnym zaułku. Tu dostajemy zaś m.in. Richarda Pace'a który wygląda i gra jakby urwał się z planu głupkowatej komedii), dramatycznie złych dialogów, irracjonalnego i w żaden sposób nieumotywowanego zachowania sztywnych jak pale bohaterów, przewidywalności (zwróccie uwagę na nachalne ukazanie nam pistoletu w jednej z pierwszych scen) oraz tak smętnego tempa akcji, że zamiast sprawić, iż nerwowo czekamy na rozwój akcji, ono po prostu usypia (Rozumiem co twórcy chcieli w ten spokój osiągnąć i pewnie jako scenarzysta postąpiłbym tak samo, ale w mojej opinii wykonanie tego zamysłu było po prostu popisem nieudolności w poprowadzeniu fabuły, skutkiem czego miałem ochotę by pojść na skróty,  przyśpieszyć ten film i przejść od razu do smakowitych momentów) nie robi już jakiegokolwiek pozytywnego wrażenia i choćby w minimalnym stopniu nie rekompensuje nam katorgi, jaką musimy przejść by dotrwać do końcowych napisów. Znacie mnie. Wiecie, że brutalność w filmach nie przeszkadza mi tak, jak niektórym żarty o papieżu (Swoją drogą temat, który nadawał by się na całkiem odrębną notkę). Po prostu musi to być zrobione z głową i pomysłem, a tu tego ewidentnie zabrakło. 

Podsumowując. Choć z reguły uważam, że stare filmy, zwłaszcza takie które w pewien sposób zapisały się w historii kinematografii nie powinny być remakowane, to dla "Pluję na twój grób" mogę uczynić wyjątek, poświęcić się i obejrzeć wersję stworzoną przez Stevena Monroe w 2010 roku bo gorzej niż tu wykonać tego tematu już się chyba nie da. Może to zabrzmi tak jakbym usiłować na siłę być kontrowersyjny ale wyznaję zasadę nie klękania przed produkcjami, które na to nie zasługują a film Meira Zarchiego uważam, obok "Igrzysk Śmierci" oraz "Paranormal Activity",  za niezasługującego na otaczający go nimb kultowości przeciętniaka, pozbawionego tego co amerykanie nazywają "shock value"

OCENA: 4/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci