Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"The Call" (2013)

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

The Call

Zdążyłem wam już kiedyś wspomnieć, że bieżący rok będzie obfitował w nowe filmy od reżyserów, którzy w swoim czasie dali mi swoimi produkcjami całą masę satysfakcji. I choć nie wszystkie z tych obrazów zamierzam obejrzeć (Na przykład kompletnie nie czuję presji by niecierpliwie wyczekiwać nowego Supermena, za którego zabrał się Zack Snyder) to jednak jest kilka takich, które wywołują we mnie szybsze bicie serca. (Wśród nich ta, na którą czekam najbardziej czyli "Lords of Salem" , których zwiastuny zapowiadają chorą, psychodeliczną jazdę bez trzymanki). Dlaczego teraz o tym przypominam?

Odpowiedź jest banalnie prosta. Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności bowiem po rozczarowującym "Gangster Squad" od Rubena Fleischera, miałem możliwość przyjrzeć się produkcji przygotowanej przez Brada Andersona, obdarzonego imponującym wyczuciem gatunku twórcy, odpowiedzialnego chociażby za "Mechanika", Sesję 9" czy opisywaną na blogu "Transsyberię". I choć muszę przyznać, że, w przeciwieństwie do poprzednich dzieł, nie była to jego autorska propozycja, a raczej podjął się przeniesienia na taśmę filmową napisanego przez Richarda D'Ovidio scenariusza, której to sztuki próbował dokonać wcześniej Joel Schumacher,  to z finalnego efektu jestem niezmiernie zadowolony.

Bo choć mogłoby się pozornie wydawać, że opowiedzenie w ciekawy i kreatywny sposób historii o (granej przez najsłabszą aktorsko w tej obsadzie Hale Berry, o której postawie będzie jeszcze czas wspomnieć) pracownicy policyjnej dyspozytorni, która odbiera telefon od dziewczyny (w tej roli, pamiętna choćby z Zombieland Abigail Breslin), która została porwana przez potencjalnego seryjnego mordercę (znany z "The Divide" Michael Eklund, który udowadnia, że obok Vincenta D'Onofrio jest drugim najlepiej sprawdzającym się w rolach psychopatów aktorów w Hollywood) jest, biorąc pod uwagę ilość takich pozycji, czymś niezmiernie trudnym albo wręcz niemożliwym to w tym wypadku, z pomocą świetnego scenariusza jakoś się to udało. Z pozornie opatrzonych elementów i przy użyciu świetnie współgrającej z wydarzeniami na ekranie muzyki Johna Debneya, Anderson tworzy bowiem interesującą i dobrze poprowadzoną opowieść, która, nawet  mimo braku jakichś większych fajerwerków i spektakularnych zwrotów akcji, trzyma w napięciu i nie pozwala oderwać wzroku od ekranu aż nie pozna się zaskakującego zakończenia.

W tej porządnie działającej maszynce zaobserwować można tylko jeden mały zgrzyt. Jest nim mianowicie, wspominana tu już, kreacja aktorska Hale Berry. Może zabrzmi to monotematycznie ale, tak jak wspomniałem przy okazji recenzji "Gothiki", jest jedną z tych gwiazd współczesnej kinematografii, których nie trawię, otaczającego ich fenomenu kompletnie nie rozumiem a ich umiejętności uważam za wątpliwe. Przecież to jest taka czarna i jeszcze mniej utalentowana wersja Jennifer Lawrence (Choć może nie powinienem tak pisać bo Lawrence od czasu do czasu np. w "Poradniku Pozytywnego Myślenia" zdarzają się całkiem znośne występy. Powinienem porównać ją raczej do Jessici Biel albo Mili Jovovich) czyli przereklamowane beztalencie, które potrafi zepsuć każdy film w którym występuje (patrz, przywołana tu już, "Gothica") i nagrodzona absolutnie niezasłużonym Oscarem. Mogę się pocieszać tylko tym, że gra tu Abigail Breslin, tak więc mogłem sobie popatrzeć na prawdziwy aktorski talent (Mówię wam. Ta urocza i pełna naturalnego wdzięku młoda dziewczyna ma wszelkie walory { w tym tzw. "ekranowy magnetyzm"}  potrzebne by w przyszłości, obok Chloe Moretz, być gwiazdą największego kalibru) i wyobrazić jak dobry byłby to film, gdyby naszą główną bohaterkę zagrała np. Jessica Chastain, która we "Wrogu Numer Jeden" dowiodła, że potrafi grać i wiarygodnie wyrażać emocje. 

Podsumowując. Pewnie nie jestem obiektywny przy ocenie tej propozycji, bo przecież jestem  wielkim admiratorem filmów o seryjnych mordercach, ale uważam, że "The Call" to, nawet po odjęciu kilku punktów za Hale Berry, jeden z najciekawszych i dających najwięcej satysfakcji filmów jakie widziałem w tym roku. To obraz, którym Brad Anderson udowodnił, że wciąż należy do bardzo utalentowanych twórców i zgłosił ambicję gry o naprawdę wysoką stawkę.  

OCENA: 8/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci