Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Wiecznie Żywy" {Warm Bodies} (2013) czyli nawet umarli potrzebują miłości

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

WB

Reżyseria: Jonathan Levine

Scenariusz: Jonathan Levine

Kraj: USA

Czas trwania: 97 minut

Od 1968, kiedy George Romero zaszokował świat swoim "opus vitae" w postaci "Nocy Żywych Trupów", zombie stały się, czy to się komu podoba czy nie, stałym elementem współczesnej pop- kultury co doprowadziło do powstania całej masy filmów, w których żywe trupy grały główne role. I choć większość z nich stanowi po prostu powielenie i lekkie zmodyfikowanie historii "zombie-apokalipsy" to znajdziemy również najrozmaitsze wariacje tego motywu, pokroju "Dumy i Uprzedzenia i Zombie", "Otto, czyli niech żyją umarlaki", "Pontypool" czy "Fido". Nic więc dziwnego, że w czyjejś głowie musiał narodzić się pomysł by zdyskontować olbrzymią popularność sagi "Zmierzch" tworząc zombiastyczno- ludzkie love story. I powiem wam, że wyszło to lepiej niż można było oczekiwać.

Na początek muszę się jednak do czegoś przyznać. Mimo faktu, iż jestem zdania, że kiedy w filmie są zombie to jest zabawa nie doceniłem tej produkcji i nie miałem w planach jej oglądać. Nie widziałem bowiem jakichkolwiek poszlak pozwalających stwierdzić, że będzie to coś potencjalnie zdolne mnie zainteresować. Nauczony doświadczeniem "Igrzysk Śmierci" spodziewałem się raczej płytkiej, źle zagranej, wykastrowanej z emocji i banalnej historii dla nastolatków, robiącej z nieumarłymi to, co Stephanie Meyer zrobiła z wampirami: pozbawia ich jakiejkolwiek godności (Inną sprawą jest czy żywy trup może ją w ogóle mieć). No cóż cieszę się, że okazało się to nie do końca prawdą. 

Bo choć nadal uważam, że dziełu Jonathana Levina (skądinąd twórcy świetnego "Wszyscy kochają Mandy Lane") daleko nie tylko do stuprocentowego horroru, ale przede wszystkim do takich niewątpliwych klasyków jak "Zombieland" czy "Wysyp Żywych Trupów", które sprawiają wrażenie znacznie bardziej przemyślanych, zrobionych z większym rozmachem i lepiej poprowadzonych, to jednak czuję, że powininiem docenić fakt, iż seans dostarczył mi masę pozytywnych wrażeń (Szczególnie dlatego, że zdarzają się tu momenty autoironiczne oraz nawiązania do słynnych produkcji tego gatunku { takie jak chociażby wykorzystanie okładki wyreżyserowanego przez Lucia Fulci filmu "Zombie Flesh Eater"} a obraz próbuje zerwać z dotychczasowymi schematami takich opowieści {Choć nie można nie zauważyć, iż kilku, np. "ojciec ukochanej (jedna ze słabszych ról Johna Malkovicha) okazuje się być przeszkodą na drodze do szcześcia" nie udało się ominąć}). Warto też wspomnieć o co najmniej przyzwoitej grze aktorskiej ze świetnymi kreacjami Nicholasa Houlta i Roba Corddry na czele, o naturalnie brzmiących dialogach, o występującej tu uroczej Analeigh Tipton, pamiętnej z udziału w rewelacyjnym "Kocha Lubi Szanuje", czy o tym, że pomiędzy bohaterami duetu miłosnego można wyczuć autentyczną chemię. 

Podsumowując. Polecam każdemu, nawet widzowi, który nie koniecznie jest fanem żywych trupów, zapoznanie się z "Wiecznie Żywym". To porządnie zrobione i niewymuszenie sympatyczne kino, które potrafi zauroczyć. Po za tym to wciąż lepsza historia miłosna niż "Zmierzch".

OCENA: 7/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci