Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Wij" {Viy} (1967) czyli retrospekcji horrorowej klasyki część 5.

bradesinarus

Porzućcie wszelkie złudzenia, wy którzy tu wchodzicie!

Wij

Reżyseria: Georgi Kropachyov, Konstantin Yershov

Scenariusz: Georgi Kropachyov, Aleksandr Ptushko, Konstantin Yershov 

Kraj: Rosja

Czas trwania: 77 minut

Dzisiejszy wpis będzie nieco nietypowy. Jego przedmiotem uczyniłem bowiem film, który nie dość, że pochodzi z niezbyt zasłużonego na niwie kina grozy kraju (Tamtejsi twórcy, tak jak i zresztą polscy {widocznie to taka słowiańska cecha} zdają się bowiem szerokim łukim omijać rodzimą demonologię i skupiać głównie na bezmyślnym kopiowaniu zachodnich wzorców co, patrząc na takie przykłady jak "Fobos", nie wychodzi im najlepiej) to w dodatku, jak na prezentowaną przez siebie klasę, docenioną choćby przez użytkowników IMDb, którzy wystawili mu notę 7,1 jest stanowczo za mało znany nawet wśród najbardziej wytrawnych kinomaniaków. Ba! Ja też bym pewnie o nim nie wiedział, gdym nie trafił na niego zupełnym przypadkiem w internecie co, razem z wczorajszym casusem "Gdzie diabeł mówi dobranoc", stanowi najlepszy dowód nie tylko na to, że twórcy powinni szukać źródeł inspiracji w swym rodzimym folklorze, ale przede wszystkim pokazuje, iż najlepsze rzeczy to te, których się nie spodziewamy, i że warto czasami wyściubić nosa poza utarte, czyli z reguły amerykocentryczne  rewiry. Ale widzę, że znów zaczynamy odpływać od tematu.

"Wij" opowiada historię Chomy Bruta, studenta teologii, który staje się przyczyną śmierci młodej dziewczyny. Przed śmiercią dziewczyna prosi ojca, aby przez trzy dni Choma samotnie odprawiał nabożeństwo żałobne  przy jej trumnie. Nie jest to jednak takie proste. Zmarła okazuje się bowiem być wiedźmą i ma zamiar zemścić się na studencie za swoją śmierć nasyłając na niego wszelkie możliwe potwory z piekła rodem w tym tytułowego Wija, demona który ma moc by "zobaczyć" ukrywającego się za narysowanym kredą kręgiem. Zaczyna się prawdziwy koszmar   

Nie wiem na ile to zasługa materiału źródłowego czyli opartego na lokalnym folklorze opowiadania Gogola, a na ile wynik inwencji, pomysłowości i umiejętności scenarzystów, ale trzeba przyznać, że finalny efekt, choć trochę się zestarzał i w dzisiejszych czasach nie robi już takiego wrażenia (ale to przecież nie jest jakimś ewenementem, wszak jest to cecha większości filmów z dawnych lat) bardzo mi się podobał. Jest naprawdę ciekawy, imponujący od strony technicznej (szczególnie jeśli chodzi o efekty specjalne), na swój sposób dziwny, oryginalny (Bo choć czerpie całymi garściami z literatury gotyckiej to jednak jest tak przesycony specyficznie rosyjskim duchem, że ciężko jest mówić o wrażeniu by to dzieło mogło powstać w jakiejkolwiek innej kulturze) zakręcony, pięknie sfotografowany, przyzwoicie zagrany, dysponuje baśniowym, lekko surrealistycznym klimatem i urzekającym nastrojem. 

Muszę też wspomnieć (w końcu to jeden ze stałych punktów moich filmowych rozważań) o urodzie grającej wiedźmę Natalii Warlej  dowodzącej ponad  wszelką wątpliwość, że rosjanki to najpiękniejsze kobiety na świecie.

Podsumowując. Jeżeli czasami ma się wrażenienie, że niektóre produkcje (takie jak np. "Innkeepers) zasługują na zdecydowanie większą  sławę to w tym wypadku można mówić o absolutnej pewności. Mało tego. Jestem świecie przekonany, że przy odpowiedniej reklamie ten obraz mógłby wejść do ścisłego kanonu kina grozy. 

OCENA: 9/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci