Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Wino Truskawkowe" (2008)

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

wt

Nie wiem czy będę miał siły napisać jakąś szczególnie długą czy wyjątkowo elokwentną notkę. Szczerze mówiąc, z powodu nagłego i niespodziewanego powrotu zimy (zdecydowanie muszę zacząć robić tak jak moja koleżanka, która nie wychodzi z domu jeśli temperatura spada poniżej zera)czuję się bowiem tak, że najchętniej owinął bym się w prześcieradło i powoli, by nie wywoływać paniki, czołgał się na cmentarz. Ponieważ jednak wyznaję zasadę, iż złożonych obietnic należy dotrzymać, to z uwagi na to, że wczoraj słowo się rzekło i obiecałem wam przyjrzenie się, w ramach odpoczynku od ostatnio przerabianych krwawych, brutalnych i kontrowersyjnych obrazów ( Co by nie mówić, przynajmniej jeden z nich, czyli "Cannibal Holocaust", na pewno taki był), nie było innego wyboru, jak tylko przyjrzenie się polecanej mi tu jakiś czas temu polskiej produkcji zrealizowanej na podstawie "Opowiadań Galicyjskich" Andrzeja Stasiuka. Produkcji, o której istnieniu, nie miałem jeszcze do niedawna, jakiegokolwiek pojęcia (bo z jakiegoś powodu, prawdziwie wartościowe produkcje są z reguły, jeśli wziąć pod uwagę wartości merytoryczne, nieodpowiednio rozpragowane, zaś wszelki ekranowy chłam, pokroju sagi "Zmierzch", dostaje kampanie promocyjne dysponujące tak wielkim budżetem, że strach otworzyć lodówkę by nie natknąć się na jakąkolwiek wzmiankę. No cóż! Znak czasu) i chcę serdecznie podziękować osobie, która mi uświadomiła istnienia tego celuloidowego cudeńka. W przeciwnym razie bowiem, nadal pewnie tkwiłbym w błogiej nieświadomości i nie czuł nawet, iż coś tak fajnego mi umyka.

Choć przed seansem byłem odrobinę sceptycznie nastawiony, zwłaszcza że z reguły staram się takich produkcji unikać jak szatan święconej wody, to muszę przyznać, że polskim twórcom udało się po raz kolejny (wcześniej zrobili to przy okazji cudownego "Ogrodu Luizy" i rewelacyjnych, pochodzących swoją drogą również z tego samego roku co omawiana tu dziś pozycja, "Drzazg") mnie zaskoczyć i dowieść, że jednak potrafią tworzyć filmy, o którym można mówić niemal wyłacznie w samych superlatywach, i kino któremu nie sposób nie dać się uwieść niby najpiękniejszej dziewczynie. Dariuszowi Jabłońskiemu udało się bowiem pokazać życie mieszkańców prowincji w niezwykle subtelnym, wyrafinowanym i uroczym stylu, który można nazwać zapożyczonym z literatury iberoamerykańskiej terminem "realizm magiczny, zamiast uciekania w (tak typową u naszych filmowców) skrajną patologię w stylu "Domu Złego". Dostajemy tu więc prawdziwie sycące danie, w udany sposób balansujące między diametralnie różnymi stylami i doprawione do smaku urzekającym, odrobinę baśniowym, przesyconym wątkami paranormalnymi, niesamowicie wciągającym oraz niewymuszenie wdzięcznym klimatem, w jakimś tam stopniu przywodzącym momentami na myśl, kręcone u nas na Podlasiu, "U Pana Boga za piecem" w reżyserii Jacka Bromskiego. I choć ta analogia może być z deczka naciągana, to jednak trzeba przyznać, że oba te obrazy cechuje podobna aura, kapitalnie napisane dialogi oraz niezwykła łatwość powoływania do życia bohaterów, którzy bez trudu zdobywają naszą sympatię, i których losem autentycznie się przejmujemy.

Przy okazji omawiania walorów, jakie niesie za sobą ta produkcja nie da się też nie wspomnieć o potężnej roli, odgrywanej w budowaniu klimatu, przez niezwykle nastrojową muzykę Michała Lorenca, pięknej Zuzanie Fialovej jako swoistej fame fatale oraz błyskotliwej grze aktorskiej (Szczególnie jeśli chodzi o, grającego tu pierwsze skrzypce, Mariana Dziędziela czy czeskiego aktora Jiriego Machacka wcielającego się w naszego głównego protagonistę Ba! Tak na marginesie mogę powiedzieć, że nawet młody Stuhr jakiś taki znośny się tu wydaje) 

Podsumowując. "Wino Truskawkowe" udowadnia, że polskie kino absolutnie nie umarło i zamiast potępiać je w czambuł, jak to się zdarza większości kinomaniaków, którzy za Zygmuntem Kałużyńskim zdają się powtarzać, że "albo się lubi kino, albo się lubi polskie kino" zdecydowanie warto dać mu szansę, a na pewno się nie zawiedziemy. Można mieć tylko nadzieję, że w naszym kraju będzie powstawało więcej tak dobrych, pozostających w pamięci, absolutnie magicznych pozycji. Na razie dostaliśmy film, który zasługuje na to abym rozważył postawienie płytki z nim na półce ze swoimi ulubionymi produkcjami. 

OCENA: 9/10

(Wiem, że taka nota jest pewnie odrobinę naciągana, ale niech będzie na zachętę i jako dowód mojej aprobaty dla takiego kierunku rozwoju kinematografii)

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • ilsa333

    A nie mówiłam;)

  • bradesinarus

    No to będę miał najlepszy dowód na to aby częściej słuchać ludzi, zwłaszcza jak dają tak dobre rady

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci